Miesiąc i jeden dzień

Głowę Piotrowi Stańczakowi ścięli 7 lutego. 6 lutego premier Tusk powiedział publicznie, że nie ma mowy o płaceniu okupu porywaczom, to w grę nie wchodzi. 7 lutego w Pakistanie ścięli głowę geologowi Piotrowi Stańczakowi. Potem do polskich władz dotarł film z ostatnim pożegnaniem Polaka i z aktem zabójstwa. Potem media zaczęły nawoływać, by ze względu na uczucia rodziny zamordowanego zamilknąć nad jego trumną. Potem w lutym Talibowie wypuścili na wolność więzionego inżyniera, Chińczyka. Potem uwolnili porwanego Amerykanina, za jego głowę dano 1000 uwięzionych Talibów. Podobno pod koniec negocjacji za Piotra Stańczaka Talibowie żądali uwolnienia 4 uwięzionych współbraci. Dziś minął miesiąc i dzień od mordu na Piotrze Stańczaku. Cisza w mediach jest tak głęboka i dostojna, jaka panowała podczas jego niewoli, od września zeszłego roku do lutego, do 7 lutego 2009.

Ta sprawa wykracza poza zwykły w polityce rachunek strat i zysków; premierowi Tuskowi opłaciłoby się zapłacić za wolność uwięzionego Polaka górę złota. To kwestia imponderabiliów; jesteśmywspólnotą i musimy tę wspólnotę podtrzymywać i chronić, chroniąc każdego obywatela. Jest honor wspólnoty, honor narodu, honor drużyny. Honor istnieje i wiąże się z morale.

Ta stara opowieść o wiązce patyków, którą można złamać tylko łamiąc patyki po jednym, kolejno, dotyczy, jak myślę, i naszej polskiej wspólnoty, i wspólnoty krajów Układu Warszawskiego. Będzie nas łamał Pluton, pan kryzysu. Razem byłoby nam łatwiej, a gdy będziemy podzieleni, łatwiej będzie jemu.

Dzielne Węgry, mam niemiłe odczucie, że was zdradziliśmy.

Atawizmy

Dzień listopadowego święta narodowego zawsze jest miły memu sercu. Ono było ważne dla moich dziadków, a ja ich kochałam. W ich domu czułam się szczęśliwa, ich ogród jest dla mnie wzorcem raju (wspominam białą czereśnię), a makagigi, specjalność dziadka, niezrównane.

Jak dalece mi na dziadkach ciągle zależy, zorientowałam się niedawno, gdy, przepatrując sytuację w polityce, uświadomiłam sobie, dlaczego kiedyś poparłam w wyborach LiD, dlaczego podjęłam tę kombinacyjkę, którą wymyślił ex-prezydent Kwaśniewski. Otóż nie dlatego, że znużyło mi się życie bez głosowania i postanowiłam poprzeć jako obywatelka RP bezpłatne szkolnictwo i lecznictwo, pokonując odczucia, jakie budził we mnie zawsze ex-prezydent,  twarz LiD. Nie, nie. Ja chciałam zagłosować raz wreszcie, z w miarę czystym sumieniem, na Onyszkiewicza. I tylko dlatego, że jest mężem wnuczki Marszałka. Horror! Plemienne wybory!  Plemienna lojalność. Gdyby Joanna Onyszkiewicz założyła partię, na pewno bym ją poparła. Tylko dlatego, że jest wnuczką Dziadka. Nie wiem, czy ktoś dzieli ze mną taki atawizm. Może właśnie wyborcy SLD? Czar LiD prysł, bo ta machinacyjka w stylu ex- prezydenta nie mogła się ostać wobec politycznej rzeczywistości. I nie mam partii do popierania, chyba że zajdą jakieś nowe krystalizacje. Znajomy zwolennik PO mówił mi w lecie, że Schetyna jest świetnym ministrem SWiA, a rząd działa doskonale. Ponieważ ten pięćdziesięciolatek patrzy na świat przez okulary w czerwonych oprawkach z logo firmy na zausznikach, aby każdy świadomy mody i umiejący czytać wiedział, ile pieniędzy tu wydano, nawet nie zdziwiła mnie późniejsza katastrofa cmentarna jego partii. Zbytnia pewność siebie, zbytnia hybris. Bogowie tego nie lubią. Mam takie zdjęcie moich dziadków i mamy; stoją na molu w Gdyni, dziadek trzyma w dłoni kapelusz, obnażył łysą czaszkę, mama, dziewczyenczka w stroju krakowskim z warkoczykami, obok babcia, też w stroju krakowskim. Dziadek ma trochę męczeńską minę, może z powodu tego stroju babci. Ale babcia uważała, że cud posiadania dostępu do morza wymaga okazania narodowej dumy i przyodziania się w ludowy strój.

To przecież nie była hybris? Ta narodowa duma ze stoczni w Gdyni; byli dumni ze stoczni. Ja żałuję, że nasze stocznie padły. Taki atawizm.

Boska cząstka

Przechodziłam niedawno koło posągu Świętowita pod Wawelem, już po Zaduszkach. Dzień był mglisty, ale bardzo słoneczny. Nawet milej i słodziej było, niż w czerwcu; jeśli Nawia w ten dzień była otwarta, jak przypuszczają niektórzy, to niegroźna.  Pod posągiem Świętowita uwijały się ptaki.

Podeszłam bliżej, na cokole stało kilka wypalonych lampek, jedna niebieska. Niebieskie światło, co chciał wyrazić ktoś, kto w Zaduszki wieczorem przyniósł i zaświecił niebieską lampkę? Obok leżało czerwone jabłko. Być może trzy okrągłe pierniki. Na pewno zaś na ziemi leżała wspaniale spleciona w kształt rogu opatrzności wiązanka ze zbóż; bardzo zadowolone kawki zrzuciły ją na ziemię i wydziobywały ziarna. Gawron  nadleciał od strony Wawelu i szedł ku wiązance – być może był to kruk, pod słońce łatwo się pomylić. Pewne zaś są dwie rzeczy – ktoś przyniósł światełka i zapalił je w wieczór zaduszny u stóp słowiańskiego bóstwa w centrum Krakowa. I były tu co najmniej dwie osoby, które przyniosły dary.  I pewne też jest, że pożytek z darów miały ptaki. I pewne też jest, że w tych dniach podobno jakieś ptaszydło upuściło kawałek bagietki na Wielki Zderzacz Hadronów we Francji, i Wielki Zderzacz Hadronów dalej nie działa. Przepaliła się instalacja.

A my czekamy przecież na cząstkę Higgsa! Gdyby ptaszydłu smakował dar, nie wypuściłby go z dzioba! Zawsze dobrze karmcie ptaszydła w listopadzie, oto nauka.

Dwóch sprawiedliwych (albo dwoje)

Pewne jest, że dzięki tylko dwóm osobom w USA zaczyna się bardzo pozytywny proces.
218 to była wymagana większość w kongresie, by przyjąć projekt nowego ubezpieczenia zdrowotnego; a tu jeszcze znalazły się dwie osoby, niejako w naddatku. Humanitaryzm to jest coś konkretnego, tak jak liczenie głosów w demokracji – trzeba zadbać o każdego człowieka, bo każdy jest cenny; jest żyjącą istotą i ma niesłychany potencjał. Czy z niego skorzysta, to inna sprawa; oczywiście dziś bardzo wielu ludzi nie ma jeszcze takich możliwości, by w pełni się rozwinąć; ale to można i trzeba zmieniać.
W USA zaczęła się ewolucja egoizmów i okrucieństw;  z dwoma sprawiedliwymi, i z jednym jedynym republikaninem z Luizjany – być może zasługuje on na miano nadsprawiedliwego – Amerykanie ruszają w nową – i starą drogę rozwoju. Starą, bo zwierzę przedczłowiecze zaczęło nią kroczyć przed miliardem lat.

Pięciu sprawiedliwych (albo pięcioro)

„Odpowiedział Pan: nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu” – tak rzekł Jahwe praojcu Abrahamowi, który prosił o ocalenie nieprawych miast Sodomy i Gomory przez wzgląd na 10 sprawiedliwych, jacy być może znajdą się w ich murach. Abraham targ z Jahwe o życie  miast zaczął od  50 sprawiedliwych,  stanęło na 10.

Tak powiada Biblia.

Tych 10 sprawiedliwych w końcu się nie znalazło i Pan dokonał zniszczenia Sodomy i Gomory. „Abraham, wstawszy rano, udał się na to miejsce, na którym przedtem stał przed Panem. I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dookoła, zobaczył unoszący się nad ziemią gęsty dym, jak gdyby z pieca, w którym topią metal”. 7 listopada w USA pięciu sprawiedliwych zadecydowało o wprowadzeniu powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. 220 kongresmenów przeciwko 215. Jest to ogromny sukces prezydenta Obamy i wszystkich rozumnych obywateli, bo oto dotąd wydziedziczeni – 47 milionów Amerykanów  – zyskali realne prawa obywatelskie, a zupełnie zwichrowane i zdegenerowane łaknieniem zysku medycyna i jej siostra farmacja zyskały szansę na normalniejsze, nie tak patologicznie chciwe formy działania.

Zarabianie na strachu przed śmiercią i utratą zdrowia jest metodą prostą, ale szpetną. Jedna szósta obywateli USA, 47 milionów, pozbawionych opieki medycznej, to było niewyobrażalne barbarzyństwo cywilizacyjne. I było to niesprawiedliwe. I nieostrożne.

Jakby w ogóle nie czytali swojej Biblii.

und das ist auch gut so

W noc z 26 na 27 października, ot tak z poniedziałku na wtorek, zakończyła pertraktacje i obejmie rządy w Brandenburgii, krainie w centrum Europy, koalicja SPD i Die Linke. Czerwono-czerwoni. Lewica i Lewica. Centrum Europy jest czerwone. W centrum krainy Brandenburgii zaś leży wolna kraina miejska Berlin, założona na kościach słowiańskich przodków, rządzona przez SPD, und das ist auch gut so.

To jest centrum władzy, pieniędzy i idei, centrum współczesnego wiru europejskiego, und das ist auch gut so.

Po lewej stronie Odry mamy krainę czerwono-czerwoną, a po prawej krainę  czarno- pomarańczową, bo u nas  rządzi chadecja. und das ist auch gut so.

A jeszcze  5 października wybory w Grecji wygrali w brawurowym stylu socjaliści z PASOK, mogą samodzielnie rządzić, mają większość w parlamencie. Kolor PASOK to zieleń.

Grecja to prawdziwa nasza matka, nas, Europejczyków. Tam  narodził się wolny, myślący, samodzielny, badawczy, zintegrowany i wrażliwy na piękno duch rozwoju zachodniej cywilizacji.

Jednak październik.

und das ist auch gut so.

Czterdziestu czterech sprawiedliwych

W obliczu ostatecznego końca wszelkich wakacji poszukuję pociechy.

Piątek sam  przyniósł posłanie czterdziestu czterech  bogatych  Niemców do Angeli Merkel. Lekarz dr Lehmkuhl, inicjator apelu, powiada, że proszą swój rząd, by opodatkował dodatkowo ich majątki w wysokości 5%  i podjął systemowe działania społeczne, by zaradzić  bezrobociu, biedzie i nierównościom społecznym w czas kryzysu , inwestując w edukację, ekologię i wyrównywanie szans. Właśnie tacy są Niemcy, gdy działają ze swego najwyższego poziomu. To antidotum  na Hertę Müller, noblistkę, która zapewne zostanie dla mnie nieprzeczytaną księgą, bo kilka stron w Internecie się nie liczy. Ta Müller, twardorysa bruneta a la tsigane, ta labidząca rumuńska wieśniaczka, wykształcona dzięki bezpłatnemu szkolnictwu, której martyrologia to całusy tajnej policji i hojne poczęstunki wędzoną słoniną i wódką, ta noblistka jest dla mnie tak ostatecznym argumentem przeciwko realnemu socjalizmowi, jak polska warstwa rządząca, która jest bardzo zadowolona, bo oto odcięła się do swoich plebejskich korzeni, skoro najbogatsi w Polsce zarabiają 13,5 razy więcej od najuboższych.  W Polsce po 20 latach transformacji wypracowaliśmy trzecie miejsce w świecie w rozwarstwieniu społecznym:  Meksyk jest pierwszy, USA drugie, a Polska trzecia. A to osiągnęli to ci, którzy wyszli z klasy dyktatorów: robotników i chłopów, i po prawdzie inteligencji pracującej też.

Więc ta Herta, ta toporna Herta , jednak ona też budzi żal, bo nie mogła już dłużej żyć na ziemi, na której bardzo dobrze się czuli jej przodkowie. Herta wróciła do ojczyzny z ostatnią falą, ta Herta, która wystąpiła z Penclubu, bo gardziła swymi współbraćmi ze Wschodnich Niemiec,  z prawdziwych Niemiec, jednak i ona budzi żal.  Bo wrócili, wracały do Wielkich Niemiec kobiety i dzieci, bo strasznie się wstydziły czynów wojennych swego narodu.

To jest problem.

Pracowity ród wieśniaków Müllerów z Siedmiogrodu grał na harmonii i nie miał w domu żadnych książek.  Tacy ludzie jednak też chcieli się cofnąć i Herta wróciła do ojczyzny, i zamieszkała w Berlinie, czuje się tam doskonale, kiedyś tam  mieszkali Słowianie, a teraz czarnowłosa Herta z wielkim nosem.

No cóż, jest problem. W Niemczech koalicja chce upamiętniać muzeami  Niemców sudeckich, Niemców z Królewca, którzy wrócili do ojczyzny. A  ciekawe, co o tych pomnikach  pomyśleliby sobie ci Niemcy,  którzy w roku 1848 opuścili ojczyznę, bo groziła im kara śmierci za rewolucję we Frankfurcie? Ci pierwsi zwolennicy socjalizmu leżą pod dębami na cmentarzu w małym polskim miasteczku.

Czy to w porządku, że trzeba było oddać rodzinną Biblię do klasztornej biblioteki, gdzie może rzucono ją do pieca, że ktoś z ich potomków zmienił nazwisko, a ktoś nie chce mówić po niemiecku?

Co mają myśleć ci budowniczy dróg, inżynierowie i nauczyciele, którzy śpią pod dębem?  Czy to w porządku, że tak się trzeba było strasznie wstydzić za furor teutonicus, poddawać w podejrzenie mowę Hölderlina.

Ale przecież istnieje także poczciwe, prawdziwie niemieckie serce.

Parasole

W poniedziałek wczesną nocą szliśmy jedno za drugim ulicą Grodzką; najpierw córka pod parasolem granatowym, potem mąż z czarnym parasolem córki, na końcu ja z zielonym. Mój mąż niedawno pochował swego ojca i niósł żałobny parasol. Tak się składnie ułożyło – strugi zimnego ulewnego deszczu, który wszystko oczyszcza, nad osieroconym synem ochrona czarnego parasola; dlatego, że ten parasol jest trudny w obsłudze i mąż chciał oszczędzić córce kłopotu przy rozkładaniu. Taka była przyczyna, i taki skutek.

Szliśmy pod osobnymi parasolami, bo każde z nas jest innego wzrostu; szliśmy rządkiem, bo to było sprawiedliwe; trzy parasole obok siebie nie mieściły się na chodniku i jak tu wybrać, kto ma koło kogo iść, a kto sam z tyłu? Padał deszcz, przemaczał buty.

Kiedy umiera ktoś bardzo stary, nie z powodu choroby, ale z braku sił do życia, dlatego, że przestają funkcjonować jego wszystkie narządy, to dobrze jest złożyć na deszczowe chmury obowiązek płaczu, bo śmierć jest tu bardzo wyraźnie częścią życia. Ale trudno przyzwyczaić się do sieroctwa, nawet jeśli niewiele się rozmawiało z ojcem, a samemu ma się siwą brodę filozofa, który istnieje wyłącznie w rozumnej mowie.

Przy kwadratowym placyku Marii Magdaleny, tam, gdzie na ogryzionym cokole stoi słynny jezuicki kaznodzieja, zatrzymałam się, zawołałam, przystanął mąż i córka cofnęła się trochę, podziwialiśmy na niskim szerokim parasolu starego drzewa pancerz ze światełek. Świeciły się w deszczu.

Opowiedziałam córce, jak to w Muszynie na trójkątnym rynku dwie potężne jodły nosiły festony kabli i wielkich żarówek, zapewne zapomnianych od zimy, już na początku września. A tutaj proszę, tylko trochę później, w październiku, lampki świecą na drzewie. Oto doskonałe dopełnienie! Znakomita kontynuacja.

Ale naprawdę doskonale się dopełniło za dwa dni, gdy spadł śnieg, nadając sens bożonarodzeniowym światełkom. Białe dachy, czarne dachy, za chwilę znowu białe dachy. Tak to czasem jest, że samo robi się, jak być powinno: żałobnik idzie pod czarnym parasolem, światełka świecą na ośnieżonym drzewie.

Rozpamiętywanie

Musiałam odwiedzić ostatnio kaplicę cmentarną na Rakowicach. Unikam tego miejsca, ale tym razem się nie udało. Egzekwie żałobne mknęły bardzo szybko do przodu, nie niosąc ze sobą żadnej treści, nie mówiąc o pociesze, więc wykorzystałam ten czas do ćwiczenia wyobraźni. Pachniały białe lilie, ułożone na trumnie.

Na Rakowicach spoczywają doczesne szczątki mej prababki, której fotografię widzę przed sobą w tej chwili na ścianie nad biurkiem. Gdy patrzę w lustro, widzę w nim zarys czaszki mej prababki, jestem do niej bardzo podobna, nawet wyraz twarzy mamy taki sam, a fotografia, przyżółkła sepia, nie przekazała jej kolorytu, który, wedle przekazu rodzinnego, był całkiem od mojego różny.

Siedząc w ławce kaplicy cmentarnej na Rakowicach starałam się sobie wyobrazić, jak czuła się prababka, gdy siedziała tu w czarnym welonie na pogrzebie męża, jak się czuła, gdy po kilkunastu latach sama tu spoczywała w trumnie, nie, nie ona, oczywiście tylko jej ciało spoczywało w trumnie, no i teraz ja tu siedzę, tak do niej podobna, a nie jest jednak za bardzo prawdopodobne, by kiedyś moje ciało czekało tu na egzekwie w pozycji leżącej albo w postaci sypkiej, jako proch po kremacji. Może to ostatni moment.

Cóż więc za naukę by mi przekazała, gdyby mogła? To jest właśnie moment… ale może już kiedyś wołała do mnie z astralnych przestrzeni:  „unikaj ze wszystkich sił, strzeż się za wszelką cenę barona Gottlieba…, barona…”,  a do mnie dobiegło: „za wszelką cenę… Teodora barona, barana…” Może już to kiedyś słyszałam, bo i czas nie biegnie liniowo, i jak wiadomo, nigdy nie wiadomo, co nam się wydaje, i łatwo się przesłyszeć, słuchając ostrzeżenia przecedzonego przez warstwy czasu. Ileż się może zdarzyć literówek… Wszystko jest grą energii, i na dodatek szaloną grą. Póki się nie jest oświeconym, jest się tak szalonym, jak wszyscy ludzie – którzy są szaleni i śniący sen codzienności, który uważają za jawę. Żałowałam, że nie mam kapelusza i czarnego welonu.

Egzekwie w kaplicy się skończyły, lilie pachniały, orszak żałobny ruszył alejkami starego cmentarza i bardzo szybko gnał przez drogę, aleją nowego cmentarza Rakowickiego – aż do wielkiej kwatery, wybrukowanej szczelnie płytami nagrobnymi, leżącymi tak gęsto, że wąską ścieżką między nimi trzeba się było posuwać stopa za stopą, jak Indianie.

Tam w mogile złożono ciało miłego staruszka, którego lubiłam. Żył długo, spokojnie i szczęśliwie, prawdziwy beneficjent Polski Ludowej, pochodzący z ludu, człowiek żyjący z pracy rąk. Beneficjent Polski Ludowej w żadnym razie nie pochwalał zmian, zaszłych po roku 1989. Pochodził z klasy społecznej, od której niegdyś wymagano, by całowała księży w rękę. On tego nie robił; nie chodził do kościoła; być może nie chciałby zapłacić za swój pogrzeb. Może i na swój pogrzeb do kaplicy nie chciałby przyjść. Przed śmiercią ucieszył się, że nie będzie w Polsce tarczy antyrakietowej, bo bardzo go ten projekt martwił. Nie jestem pewna, czy cokolwiek by dla niego znaczyło miejsce, gdzie pochowano jego szczątki. Może by mu się spodobały ludowe drewniane krzyże na świeżych mogiłach, które podobno stawia się z konieczności, bo na Cmentarzu Rakowickim złodzieje kradną wszystko, co metalowe: krzyże i ozdobne nagrobne detale.

Gdy tak daleko doszłam w swoim rozpamiętywaniu, orszak się rozwiązał. W drodze na nieuchronną stypę mijaliśmy niezliczone groby, z których każdy mógłby dźwigać napis Nieuchronny Koniec albo Ostateczna Cielesna Siedziba. Słońce świeciło najweselej, jak mogło, a uwolniony królewski duch staruszka, który – według Słowackiego – odpoczywał we wcieleniu polskiego chłopa, oddalił się, by zająć się swoimi sprawami, na koniec przekazując jakąś naukę… naukę… trzeba się wsłuchać…

Szpinak

Moja Iwonka gotowała na kolację szpinak; wypłukała liście, odcięła korzonki, biorąc po garści szpinaku kroiła go grubo i kładła do garnka, dosypując porwany koperek.

Ja siedziałem za stołem i na kawałkach papieru pakowego malowałem turkusowe gwiazdki. Tatuś mojej Iwonki kładł na każdym papierku po trzy kawałki suszu jabłkowego, a Piekarz kleił kopertkę i owiązywał złotym sznureczkiem. Rozniesiemy to wszystkim Lipniczanom w wigilię pierwszej rocznicy wielkiego październikowego fakelcugu. To jest inicjatywa nasza, lewicy, a co zrobi prawica, to na cały wieczór poszedł szpiegować do Eugeniuszowej baron Rumiany.

Tatuś powiedział: Iwonka, weź więcej szpagetti, i ja poproszę kilka jajek na boczku, bo sam szpinak to nie jedzenie. I wkrój do szpinaku ze trzy ząbki czosnku, jak wyjmiesz zarodek ze środka, to nie będzie tak silnie pachniał.

Moja Iwonka odwróciła się do nas plecami, część szpinaku przełożyła do mniejszego garnuszka, stłukła szklaną pokrywkę, potem salaterka jej spadła na ziemię, potem deska razem z mezzaluną, ale my nic, cichutko kleiliśmy i malowali.

Szpagetti kipiało z garnka.

Tatuś mojej Iwonki zaczął opowiadać, jak raz w Kielcach przed wojną z innymi chłopakami udało mu się kupić bardzo tanio aż 5 kilo pomarańczy, bo pewna handlarka kupiła cały wagon prawie przejrzałych i szybko chciała je zbyć. Że te pomarańcze wysypane były na deski, stół na kozłach, ot jakby ziemniaki, tyle tych pomarańczy leżało, a z nieba prószył śnieg, bo to było przed Świętami. Tatuś zgubił czapkę, było mu zimno w głowę, ale szybko wracał do matki, a tu na rogu Sienkiewicza zobaczył małego chłopaka, zupełnie małego, ot, takiego, sześcioletni może. Włosy miał bardzo bujne, czarne loki, i piękne oczy czarne z długimi rzęsami. Stał i płakał, miał dziurawe buty, nie udało mu się dopchać do pomarańczy. Tatuś dał mu kilka, a on odpowiedział dziękując w swojej mowie i już nie płakał.

Tatuś mojej Iwonki wysiąkał nos i otarł łzy, moja Iwonka przykładała chusteczkę do oczu, a my z Piekarzem głęboko wzdychaliśmy.

Czosnek się przypala, mój kwiatuszku, powiedział Piekarz.

Piekarzu, powiedziała moja Iwonka, ostrzegam po raz ostatni, zrezygnujcie wreszcie z tej waszej bezgranicznej arogancji. Kto wam pozwolił mówić do mnie per „kwiatuszek”? Sprzątajcie ze stołu, kolacja gotowa.

Ofiara całopalna

Poszliśmy znowu z moją Iwonką do Klemensa, i z tortem daktylowym. Dał nam koce, bo trochu zimno, i zaprosił do ogrodu. Podeszliśmy trawnikiem do jabłonki. Przed jabłonką stał wielki trójnóg, jakby ze złota, ale może pozłacany; moja Iwonka wspięła się na palce, spojrzała i mówi: dorzuciliście złote opiłki.

A tak, mówi Klemens, przed godziną Kuba przyszedł i do ofiary całopalnej dosypał złoto. I tak się tu pali dzień i noc przed jabłonką naszą. Bo Kuba dziękuje, że jego Veuve Paris de domo Laveau ma pędzik kwiatowy.

To jakby szedł przymrozek, ten dym będzie akuracik, powiedziała moja Iwonka i zasiedliśmy na trawie przed jabłonką. Klemens pokroił tort i zaczął się nim delektować, a my trochu też, a trochu ino udawalimy, że jemy, Iwonka swój kawałek schowała do torebki, bo my wolimy tort migdałowy.

Stale kwitnie, spytała Iwonka?

Kwitnie, mówił Klemens, i ma owoce, i kwitnie. A jak deszcz spada, to jabłonka jest w deszczu, błyszczy, a już ofiara całopalna nie.

Inteligencja tej jabłonki, zacząłem, daje do myślenia, ale też Kubę trzeba pochwalić, że postawił trójnóg tak, by deszcz nie moczył kadzidła.

A, powiedział Klemens, tutaj wszystko jest w rękach jabłonki. Nie sądźcie, że jestem jej fanatycznym sługą i bezkrytycznie ją wielbię – ja po prostu widzę, jak reaguje na dymy kadzideł. Zauważcie, w zeszłym tygodniu rozwinęła jeszcze więcej pączków, choć niektóre listki jej już żółkną; w końcu to październik. W tym tygodniu już nie rozwija nowych pączków; dojrzewa, ale te kwiaty, co otwiera, zaczęły jej pachnieć.

Hm, powiedziała moja Iwonka i podeszła do jabłonki, nagięła gałąź i powąchała. Potem powąchała swój szal. I jeszcze raz jabłonkę. Czuję pomarańczę, jaśmin, powiedziała, potem nutę gardenii i drzewo sandałowe.  No rzeczywiście.

No sami widzicie, powiedział Klemens.

Skrzywiona Iwonka ze zmarszczonymi brwiami zjadła kawałek tortu daktylowego.

A jej deszcz, jakby chciała, toby spadł na trójnóg z kadzidłem, ale nie chce.

Wystarczy trochu wiatru, powiedziała moja Iwonka przesłodzonym głosem.

Możecie sami zaobserwować, powiedział Klemens; ino musimy poczekać na deszcz.

Słońce zaraz zajdzie, powiedziała moja Iwonka, zimno, i może byśta już oddali kubek od Aptekarzowej.

Deszcz spada o zachodzie słońca, rzekł Klemens, a kubka oddać jeszcze nie mogę. To nie są litery w piśmie Alanów. One są w piśmie księstwa Oddijany.

I co z tego, zapytała Iwonka, tu ważne jest, co znaczy napis.

Iwonka, powiedziałem, to jedyna może pamiątka po naszej pierwszej pannie Szoszanie, czas odległy, to Klemens musi się powoli w niego zagłębiać. Czekamy na deszcz, poczekamy na prawdę.