„My trochę oszukaliśmy społeczeństwo” – wyznał filuternie 13 maja w radiu TOK-FM Krzysztof Kozłowski, luminarz inteligencji katolickiej, ex minister i redaktor Tygodnika Powszechnego. „We wrześniu 90 roku na posiedzeniu rządu Mazowieckiego mówiliśmy sobie, że powinni nas powiesić po tym, co im zaaplikowaliśmy – kapitalizm zamiast socjalizmu… Zafundowaliśmy społeczeństwu kapitalizm… Jest trochę bałaganu, ale nie ma trzeciej drogi. Balcerowicz zasługuje na duży pomnik…”. Uszczęśliwiona z zasadzki, z zaskoczenia – surprise! Überraschung!!! surprise! – uszczęśliwiona na siłę przed 20 laty przez połączone siły triumwiratu inteligencji katolickiej, opozycji, alias elementu zwanego antysocjalistycznym, a w istocie prokapitalistycznego, i frakcji prokapitalistycznej PZPR, przez triumwirat, który wiedział, czego chce – odrodzenia kapitalizmu, czyli kontrrewolucji, czyli restauracji – cóż mogłam robić w maju w Krakowie, zainspirowana 12 wesołymi czerwonymi sztandarami, powiewającymi na Rynku? Odcień czerwieni nie jest krwawy, posłanie jednoznaczne – maj miesiącem fotografii. Pożyczyłam od córki aparat fotograficzny i chodziłam po Krakowie fotografując, czyli utrwalając i uśmiercając to, co jest tu i teraz, na wypadek, gdyby, powiedzmy, trzeba było udowodnić komuś na innym kontynencie, że wprawdzie mlecze na Plantach już przekwitły, ale akacje wchodzą w pełnię rozkwitu; a wiosna jest w tym roku bardzo szybka i ciepła, bogata i hojna. Drzewa na Plantach, perspektywy krzywych małych uliczek, obiecujące jakieś wyjście, chmury, ptaki pod chmurami, ptaki na znakach drogowych, sieć tramwajowych kabli, Wawel, bo czemu by nie, wszystko dokładnie obfotografowałam. Jeśli nawet robienie zdjęć było interesujące, to ich oglądanie niekoniecznie, choć oczywiście cieszy radość unieruchomienia pozytywnej emocji: kot Felo śpiący na grzbiecie pod drzwiami do pokoju Hersylki, ogon Hersylki, bo bardzo szybko biegła pod fotel, który drapie co rano na dzień dobry, Hersylia nad kodeksem postępowania cywilnego, ja pod Drzewem Wolności, mój mąż pod Idolem ze Zbrucza. Dokumentacja etapów rozwoju liści i kwiatów wielkich drzew na Plantach; mlecze; chmury; zmierzch, wieczorne światła to sama radość, ale zdjęcia ulic i ich uszczęśliwiających perspektyw ujawniły przykrą prawdę, iż wiele budowli w centrum Krakowa trwa od lat kilkudziesięciu w skrajnym lub połowicznym zaniedbaniu. Sporo hoteli, restauracji i banków przesadnie wymuskano, bo zbyt nowe pieniądze nie mają wdzięku, a tuż obok straszą szlachetne międzywojenne kamienice, obłupane doszczętnie z tynku, nad chodnikami i jezdniami nędznymi jak dworzec kolejowy w Falenicy; infrastruktura kraju najwidoczniej opada na jakieś wspólne dno ruchem jednostajnie przyspieszonym. Jednak szlachetnie odnowiony stary Wawel zawsze jest na zdjęciach efektowny, zawsze w porę pojawi się na niebie różowa chmura czy ślad odrzutowca albo smuga światła. A od ulicy Grodzkiej pod Wawelem obok kopulastego kasztana stoi smukły Idol, wyłowiony z rzeki Zbrucz w roku Wiosny Ludów, nazywany Światowidem. Przedstawia cztery postaci – dwie boginie i dwóch bogów – pod wspólnym kapeluszem w kształcie głowy cukru na poziomie najwyższym, poniżej dotykają się końcami palców wielkogłowe postaci, może w tanecznym korowodzie, na samym dole kolumny męskie postaci z rękami wzniesionymi do góry podtrzymują poziomy wyższe, jak Atlas Ziemię. Najwyżej pod jednym kapeluszem stoją bogini z przęślikiem od kądzieli, bogini z rogiem miodu, bóg z koniem i szablą, bóg z pustymi rękami, i wszyscy mają tak samo ułożone ręce, prawą na sercu, lewą na pępku, zapewne w słowiańskiej pozycji do medytacji. Te ręce są bardzo cienkie, podobne do rąk idoli z wykopalisk w Göbekli Tepe w Turcji, najstarszego znanego ludzkiego miasta sprzed 11 tysięcy lat. Na wielkich kamiennych filarach wyrzeźbiono tam bardzo długie i cienkie ludzkie ramiona, zgięte w łokciu, symbolizujące obecność bogów czy przodków. Te ludzkie kończyny tworzą inną przestrzeń; na jednym filarze takie ramię trwa w przestrzeni obok dzikiego lisa, chroniąc go czy akceptując – cokolwiek znaczy takie zajmowanie wspólnej przestrzeni. Sporo jest na kolumnach wyobrażeń dzikich zwierząt, ptaków i owadów, wolnych i żywych. Pierwszy odkrył to miejsce na początku lat 90. XX w. miejscowy pasterz; przysiadł pod świętą morwą i przyglądając się okolicy, zauważył wystające z traw regularne zarysy wielkich płaskich kamieni. I od roku 1994 archeolodzy wydobywają spod ziemi najstarsze i najdziwniejsze miasto naszego świata. Nasz Idol ze Zbrucza był pomalowany na czerwono, zachowały się resztki farby. Stoi sobie teraz pod kasztanem, a nad nimi wznosi się zamek. A pod samym dachem zamku wawelskiego, na górze, w loggii podtrzymywanej czterema kolumnami, zwróconej na wschód, można by sobie wyobrazić przodków: mogliby tam zasiąść Kościuszko i królowa Bona, zamordowany prezydent Gabriel Narutowicz i poetka Jasnorzewska-Pawlikowska, i malarka Boznańska, i Daszyński. Patrzą na swoją krainę i widzą, jak uszczęśliwiono ich lud, nadając mu na siłę i podstępem hierarchię, tworząc dwie kasty: kastę władców, górne 10 tysięcy kapitalistów, których boli głowa od kłopotów z władzą i pieniędzmi, i kastę 38 milionów obywateli nie-kapitalistów, czyli pariasów bez żadnego znaczenia, ach, raczej bez żadnej wartości. Hierarchia anno 2009 w Polsce wygląda na prostą: o zajmowanym miejscu decyduje ilość posiadanych pieniędzy. Tego chciał rządzący od roku 1989 triumwirat, złożony w zmiennych proporcjach, ale nieodmiennie, z opozycji alias elementu antysocjalistycznego, a w istocie elementu prokapitalistycznego, z inteligencji katolickiej i frakcji prokapitalistycznej PZPR. I 4 czerwca 1989 ruszył korowód, parada macherów dwudziestolecia, każdy ze swoim atrybutem: Mazowiecki ze zniszczeniem elektrowni jądrowej w Żarnowcu, Michnik z Gazetą, Balcerowicz z popiwkiem, Kuroń z zasiłkiem dla bezrobotnych, Blida z eksmisją na bruk, Wałęsa z pierwszym milionem złotych, Geremek z konkordatem, Zoll z konstytucyjnością zakazu aborcji, Buzek z 4 reformami, Krzaklewski z PZU, Miller z CIA, Kwaśniewski z wojną w Iraku, premier Kaczyński z Marcinkiewiczem, prezydent Kaczyński z Saakaszwilim, Tusk z tarczą. Ja brałam udział w wyborach 89; głosowałam na listę Solidarności, oczekując zmian, które miałyby się zacząć od swobody czytania, myślenia i wyrażania opinii; żeby można czytać wszystkie książki, a tym samym – aby wróciła do kraju prawdziwa hierarchia. Bo niby czemu w PRL Kwaśniewski, członek PZPR, mógł jako zaufany aparatczyk do woli czytać Kulturę Paryską i absorbować idee Gieroycia, a potem nawet przyznawać się do inspiracji, a mnie tego wzbraniano? Miałam w roku 1989 nadzieję, że Polska zacznie obiema rękami czerpać z krynicy rozwoju naukowego i technicznego Zachodu; rozkwitną stare, powstaną nowe ośrodki naukowo-techniczne i instytuty badawcze, będziemy mieć ze 4 elektrownie jądrowe, ze 3 sztuczne satelity, może we współpracy stację kosmiczną, szybką kolej, autostrady bezpłatne i lepsze niż w Belgii, bezpłatną komunikację miejską, masowe spółdzielcze budownictwo domków jednorodzinnych, żeby każdy, kto chce, miał mały, piękny jak w Giszowcu, domek z ogródkiem. Miałam nadzieję, że w okolicach Karkonoszy wybudujemy sobie mały polski Tevatron, będziemy mieć ze 3 polskich, mieszkających w Polsce laureatów nagrody Nobla z fizyki, a może aż 4 z chemii. Kraków… chciałam, by polskie miasta błyszczały nowym pieniądzem jak Frankfurt, a stare enklawy były tak czcigodne i szanowne jak Fryburg Bryzgowijski, z wieżą katedralną, uniwersytetem i kanalikami czystej wody, przeprowadzonymi przez czyściutkie uliczki staromiejskich dzielnic. A może nawet w Jędrzejowie wybudowalibyśmy sobie takie potoczki, jak we Freiburg im Breisgau, bo czegoż nie zdołają dokonać ludzie wolni? Nie liczyłam na natychmiastowe pojawienie się polskiego filozofa klasy Heigdeggera; ale miałam nadzieję, że przynajmniej zacznie się doceniać Heideggera niemieckiego, bo utworzy się prawdziwa hierarchia intelektualna. I literacka… i artystyczna. Choć oczywiście taka hierarchia to rzecz bolesna, tu nie ma pobożnych życzeń; w świecie prawdziwych wartości bóg Thot z głową ibisa może położyć na jednej szali 15 wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a na drugiej 15 najgrubszych, wydanych przez Znak, dzieł polskich teologów albo 15 roczników Tygodnika Powszechnego, i co pofrunie do góry jak lekkie piórko, zniszczeje jako makulatura w boskim kotle na celulozę. Groza, groza! Czego chciałam w roku 1989? Prawdziwa hierarchia to hierarchia ludzkiego rozumu, inteligencji i jeszcze czegoś; uderzająco jasno ukazał ją en passant Roland Barthes w książce Światło obrazu. Uwagi o fotografii. Otóż stwierdził, że portret fotograficzny powinien zapewnić osobie fotografowanej to, co dawał niegdyś portret pędzla dobrego artysty: szlachetny wygląd. Człowiek chce po prostu, według Barthesa, być „na poziomie”, być „obdarzony szlachetnym wyrazem twarzy, myślący, inteligentny”. Jego portret ma ujawniać „delikatną tkankę moralną”. Prawdziwa hierarchia istnieje najpierw w szlachetnym pragnieniu jednostki, w marzeniu jednostki o sobie samej. Ktoś pragnie być widziany jako człek myślący, inteligentny i etyczny. Kłamstwo niszczy, rozpuszcza szlachetność i moralność. Szlachetność wyklucza oszukiwanie społeczeństwa; zwłaszcza gdy chodzi o zmianę stosunków własności na niekorzyść całego społeczeństwa; i gdy na dodatek zwycięskie szwadrony kapitalizmu nie tają wstrętu do ubogich, pojmowanych jako pokonani. Pogarda wyższych 10 000 posiadaczy wobec oszukanych, głupszych, słabszych, uboższych jest u nas tej miary, co w kraju o ustroju niewolniczym, jak w Grecji starożytnej, ale bez jej poetów i filozofów, bez jej hierarchii. I co teraz robić, jak, z czego odbudować „delikatną tkankę” moralności? Czy może ma ona naturę drzewa, już kiełkuje i niebawem będzie widoczna? Czy trzeba ją wyzwolić z jakichś ograniczeń, wykopać spod ziemi? Jaki stan umysłu wyższych 10 tysięcy posiadaczy może im uzmysłowić znaczenie i potrzebę istnienia „delikatnej tkanki moralności”? W maju, przed 20 rocznicą wyborów parlamentarnych z 4 czerwca 1989 polska kasta rządząca stroszy piórka.