17 września, 18 września, słonecznego września, i dziś, 23, leżały sobie kasztany i ich łupiny na Plantach między Collegium Novum a ulicą św. Anny, pod wystawą zdjęć Kosmosu. Dziś, 23 września, przechodziłam znowu tamtędy, po prostu lubię te zdjęcia galaktyk i mgławic, i supernowych, ale i kasztany. Patrząc jednym okiem na chodnik, co tam leży ciekawego, zobaczyłam piękny i wielki, i zupełnie rozdeptany kasztan na wysokości zdjęcia Oka Kota. Z jakiegoś powodu przypomniało mi się, że dziś rano zaczął się przy ulicy Krupniczej Kongres Kultury Polskiej. Cóż ma taki kasztanek bez kolczastej łupinki wspólnego ze współczesną literaturą polską, wypromowaną przez nagrody Nike? Taki rozdeptany? Bezbronność, jeśli nikt go nie zabierze sobie do domu, powiedzmy, że o to chodzi. Żałobny nastrój mnie nie opuszczał. Coś się skończyło. Już koniec września, na pewno skończył się przymus wakacji. Szkoda, bo miałam tylko 4 malutkie porcje wakacji. Trzeba będzie doliczyć te promenady koło zdjęć Kosmosu, żeby było 5 cząstek. To też jest przeniesienie w miejsce idealne, inne i cenne. Coś się kończy. Nie zbieram w tym roku kasztanów.
Zdjęć też im nie mogę zrobić, bo aparat córki zepsuł się nagle na początku września, gdy szliśmy zobaczyć mofetę w potoku Złockim, który płynie przez Złockie. Właśnie chciałam zrobić zdjęcie prawosławnego łemkowskiego krzyża, który stoi przy drodze tuż za ogrodzeniem domu, bez ozdób ze sztucznych kwiatów i światełek, ale stoi, może niezbyt szanowany, ale nie zwalony, trochę zarośnięty krzewami, ale nawet pobielony. I wtedy aparat się zepsuł, i to bardzo na serio. Tak więc nie mam dokumentacji z doskonałej, czwartej cząstki tegorocznych wakacji; pojechaliśmy z mężem do dawnego państwa kościelnego (do roku 1781) i zamieszkaliśmy w Muszynie, stolicy Księstwa Muszyńskiego, własności krakowskich biskupów. Może dzięki tej zwierzchności czas tam jakby stanął od XV do XVIII wieku, potem ruszył, ale niezbyt szybko. W każdym razie do lat powojennych mieszkali w dawnym Księstwie Muszyńskim i okolicach wyznawcy wiary prawosławnej, a znaczy to, że na nabożeństwach i w domu modlono się w języku słowiańskim, może trochę niezrozumiałym, ale na pewno bliskim sercu. Te strony są niezwykle łagodne; w Muszynie spotykają się 3 rzeki, nad nimi na jednej górze rosną lipy w rezerwacie Obrożyska, kiedyś przed tysiącami lat lipy porastały wszystkie pagóry; na drugiej górze ruiny zamku, trzecia góra daleko, za nią Słowacja i Węgry. Pod górą dawna cerkiew, dziś kościół, za cerkwią święte źródełko, cmentarz podzielony na pół, na połowie gęsto katolickie nagrobki, na drugiej wybrzuszenia po grobach porosłe trawą i barwinkiem, kilka krzyży prawosławnych, kilka pomniczków, trzy, cztery napisy. Na pewno skończone i już nie ma o czym nawet mówić; skończyły się moje wakacje. Wprawdzie często mnie nudzą, ale nie w tym roku. W tym roku wakacje się udały.
Cztery małe apoteozy małego miasteczka, które kiedyś było stolicą.
W lipcu Zakopane: kwitł jaśmin i lipy. W malutkim muzeum Makuszyńskiego można odczuć, czym był inteligencki dom i styl życia – przesiedlony ze zniszczonej w powstaniu Warszawy, z lustrem, zegarem, kilkoma obrazami i – to było najmilsze – kilkunastoma malutkimi oprawnymi fotografiami bliskich. Zawsze obecne, łatwe do przewiezienia, takie stadko fotografii bliskich ludzi, do oglądania, odkurzania, wspominania. Można w tym muzeum zrozumieć, co to była Warszawa przed II wojną, z jej bibliotekami, archiwami, bogatymi siedzibami i domami inteligencji. Co to był przedwojenny styl Zakopanego: Makuszyński stoi z nartami na śniegu, ale w berecie, koszuli i krawacie, i w pumpach. No więc taką malutką porcją wspaniałości sprzed II wojny nakarmiło nas Zakopane, które – przeszyte potokami – jest pełnym mocy słowiańskim Freiburgiem Bryzgowijskim, albo mogłoby nim bez trudu być, gdyby zechciało. Zrobiłam w Zakopanem zdjęcie ptaszydłu, siedzącemu na wielkim modrzewiu o ściętym wierzchołku; mam nadzieję, że to był kruk. Zrobiłam zdjęcia wielu potokom i słońcu zachodzącemu za drzewo na Krupówkach, a także staremu domowi, w którym mieszkaliśmy.
Druga cząstka wakacji jest krakowska; na Plantach matka z dziećmi zagadnęła mnie o Wawel, jak dojść, bo tam samochód. Taka piękna pogoda, mówiła, ale dzieci zmęczone. Właśnie przyjechali z Zakopanego, tam nie było tak gorąco. Byli wszędzie, byli w Morskim Oku. Zrobiło mi się nieswojo, bo już wtedy wiedziałam, że gdy ja robiłam zdjęcia potokom i drzewom, przy drodze do Morskiego Oka umarł na oczach ludzi zamęczony koń. Jeśli moi rozmówcy wiedzą, to może mieli zepsute zwiedzanie Zakopanego, a byli tacy mili, niebieskooka blondwłosa mama, śliczne wielkookie białowłose dzieci; ale nie, nic nie wiedzieli o koniu. Postanowiłam ich śladem pójść na Wawel, wielu ludzi wpadło też na ten pomysł; przy drodze do Kolumny Wolności z roku 1918 kwitła akacja, a był już sierpień. Obok kolumny stały trzy przekwitłe lipy, to jest tuż przy zejściu do smoczej jamy; godzinkę chodziłam po dziedzińcach i obok budynków wawelskich, wyszłam wejściem obok pomnika Andrzeja Tadeusza Kościuszki, z matki prawosławnej, ochrzczonego w dzień patronów z kalendarza prawosławnego, a największego bohatera polskiego.
Trzecia cząstka wakacji to może dwie godziny w malutkim dziwnym ogrodzie na Krupniczej; jest tam muzeum Mehoffera; kawiarnia w ogrodzie przymuzealnym jak na jego obrazie „Dziwny ogród”. Dzień był słoneczny i trochę mglisty, właśnie dojrzały wielkie zielonkawe jabłka na młodych jabłonkach. Kobieta w ciąży, w długim białym fartuchu, weszła na trawnik, może dotknęła drzewek. Sroka jadła spadłe jabłka. Brakowało kilku elementów, ale to był bez wątpienia ogród z obrazu. Założony 100 lat po namalowaniu płótna, i drzewka są jeszcze zbyt niskie, a kolor róż sztamowych niezupełnie mi się podoba. Nie ma szafirowej ważki; chyba że przybrała postać sroki. Oto najlepsza kawiarnia w Krakowie, wreszcie znalazłam ideał.
Czwarta cząstka wakacji to Księstwo Muszyńskie, o którym długo by opowiadać. Aż za Szczawnicę lud w górach modlił się przez wieki po starosłowiańsku: Otcze nasz, iże jesi na niebiesiech, da swjatitsja imja Twoje, da pridjet carstwie Twoje. Zajrzeliśmy do cerkwi w Szczawniku; św. Demetriusza, właśnie był pogrzeb. Ceremonia wobec wspaniałości złotego i purpurowego, i błękitnego ikonostasu, cherubinów na ścianach, Matki Boskiej z Góry Atos na sklepieniu, była błoga, pełna wytchnienia i nadziei. Trafiliśmy na kazanie – ksiądz dzielił się z parafianami nadzieją, że zmarły codziennie odmawiał modlitwę Ojcze nasz. Jakoś nie poszliśmy oglądać świętego źródełka za cerkwią, żeby nie przeszkadzać wiernym. Jeszcze zdążyłam zrobić zdjęcie ptaka Turula. Przyleciał (chyba w XIX wieku) prosto z Węgier i osiadł na wysokiej kolumnie przed willą doktora Mściwujewskiego, lekarza i założyciela uzdrowiska. Ptak Turul z wężem w dziobie – pokonał go najwyraźniej – rozkłada skrzydła w Muszynie. Może stąd klimat tamtejszy jest tak miękki i słodki. Wnuczka dr Mściwujewskiego powiedziała nam, że niedaleko w potoku Złockim jest warta obejrzenia mofeta, wulkaniczna szczelina w ziemi, z której wydobywa się dwutlenek węgla. Wybraliśmy się na oglądanie mofety, w zacienionym jarze, w wody mrocznego zarośniętego zielskiem potoczku nieustannie wydziela się z ziemi gaz, tworzy bąbelki na wodzie, słychać jego dyszenie w odwiercie. Czegoś takiego świat nie widział, ale ja na zdjęciu nie mam mofety. Aparat się zepsuł, a naprawić go trudno.
Muszyna ma główną ulicę, Kościelną, z domków parterowych, jednolitych; okno, brama, okno, brama. I w tych oknach stoją orchidee, a u jubilera rośnie Fortune Buddha. No i któż powie, że świat nie ma sensu – albo że nie jest zszyty w całość jakąś bardzo mocną nicią, zieloną. Bo czemu nie zieloną? A może złotą?