The resistance continues at Liberty Square and Nationwide!

1. Podniesienie płac przez likwidację wolnego rynku i wprowadzenie zaporowych ceł na produkty importowe.
2. Likwidacja niepaństwowych ubezpieczeń zdrowotnych.
3. Gwarantowane płace niezależnie od posiadania, lub nie, zatrudnienia.
4. Darmowe szkolnictwo wyższe.
5. Rezygnacja z konwencjonalnych źródeł energii.
6. Natychmiastowe inwestycje w infrastrukturę.
7. Odbudowa ekologiczna kraju, przywrócenie naturalnego biegu rzek (likwidacja tam) i zamknięcie wszystkich elektrowni atomowych.
8. Równość rasowa i płci.
9. Otwarcie granic dla imigracji.
10. Wprowadzić niezależny organ kontrolujący przebieg wyborów.
11. Natychmiastowe anulowanie wszystkich długów publicznych i prywatnych.
12. Delegalizacja wywiadowni gospodarczych (instytucja tworząca czarne listy dłużników)
13. Obowiązkowe członkostwo w związkach zawodowych dla wszystkich pracowników.

Fart i niefart

W sobotę 21 stycznia w Budapeszcie były manifestacje. Pod górą zamkową w Budzie, koło dolnej stacji kolejki Margit, niewielka grupa Węgrów ze sztandarami biało-czerwono-zielonymi i biało-czerwonymi, pasiastymi, trzymała transparenty: 1956 tanks, 2012 banks.

Ucieszyłam się jednak, że napisali to po angielsku, bo jeszcze nie znam węgierskiego języka, choć zamierzam się nauczyć. Dlatego, że Budapeszt jest piękny i pełen chwały.

Oczywiście dla mnie najpiękniejszy jest język polski, którym mogę łatwo opisać niepojętą rzeczywistość mojego kraju: oto przykład. Wielkie metropolie śląską i krakowską – cuzamen do kupy to kilka milionów mieszkańców – łączy realnie jeden tor Polskich Kolei Państwowych, więc to naturalne, że pociąg z Katowic do Krakowa jedzie 2 godziny 20 minut, skoro drugi tor jest wyłączony z ruchu.

O Maryjko (tak wzywają bożej pomocy Ślązacy), co to będzie dalej? Gdy i drugi tor wysiądzie?

W Himalajach każdy jogin wie, że jaskinia, w której wiedzie życie i medytuje, powinna być zwrócona na południe, aby mogły do niej zajrzeć promienie słońca. Nigdy się taki jogin nie przebudzi, nie dobije oświecenia, jeśli jego jaskinia będzie miała otwór zwrócony ku północy. Ktoś powie, że z tą jaskinią zwróconą na południe chodzi o słońce metaforyczne, łatwość oświecenia, możliwość szybszego przebudzenia, ale ja powiem, że to szczypta zdrowego rozsądku, bo w wysokich górach liczy się każda odrobinka słonecznego ciepła.

A my zamieszkaliśmy po niewłaściwej stronie Karpat. Trzeba było przed tysiącami lat ze wszystkich sił przeć na południe. Teraz nie mamy fartu. A dlaczego? Bo mieszkamy po cienistej, północnej stronie gór. A co z narodami ze Skandynawii? No cóż, one są za morzem. Widać morze oczyszcza z niefartu.

Gdy się przyjrzeć kolejnictwu Słowacji, Czech, Węgier, widać fart. Oni siedzą na południe od Karpat, my na północ. Czyli nie mamy fartu. Jeśli nie mamy fartu, to trzeba się bardziej przyłożyć do roboty. Und szlus.

Fallout wraz z falloutem

A więc śnieg. Anioł Szalgiel przyłożył się do pracy. Jak na szczytach Himalajów, tak na dziurawych chodnikach Krakowa: ta sama biel. Łagodzenie ostrych krawędzi, skrząca ozdoba. Powłoka czystości. Miękkie zimno. Skrywanie.

Patrzyłam dziś na śnieg z quasi-religijnym uwielbieniem, bo spadł z nieba i jest niebiańskiej urody; a nie jest Bóg wie czym, tylko skrystalizowaną ziemską wodą. Wzniosła się z Pacyfiku, przefrunęła nad Kraków i opadła na miasto. Fallout wraz z falloutem. Jasne jest, iż wraz z tym śniegiem na moje miasteczko spadły radioaktywne cząsteczki, wyprodukowane w Fukushimie. Jak na Łotwie, Węgrzech, w Finlandii i w Czechach, tak i u nas. Jak na Alasce i w Kanadzie i w USA, tak i u nas. Jeśli ktoś byłby ciekaw, jak wyglądać będzie początek końca świata, to ma odpowiedź: właśnie tak to będzie wyglądać: spadnie zwykły śnieg, zanieczyszczony produktami ludzkiego rozgrzebywania materii, produktami rozpadu materii, zatruwającymi życie na całej Ziemi.

I nie jest to nic nowego, bo tak się dzieje od roku 1945, gdy bomba Trinity eksplodowała w Los Alamos, a potem geniusze bez końca badali, czy „niszczyciel światów” zaświeci „jaśniej niż tysiąc słońc”. Co ważne – ludzie zawsze się mogli wycofać z tych działań. Nie musieli pozyskiwać energii przez rozpad, ale „nie działać” tym oczytanym w Wedach geniuszom z Austro-Węgier wydało się gorsze niż „działać”. „Eksplodować” lepsze niż „nie eksplodować”, „napromieniować” lepsze od „pozwolić żyć” wydało się zaś kulturalnym Anglosasom, białej rasie walczącej z żółtą o prymat na Pacyfiku. Zbyt ruchliwe umysły, zbyt zwinne palce.

Ale potem można się było tysiące razy wycofać. Ale nie. Teraz wszyscy potężni władcy mają swoje wypróbowane bomby i swoje czynne elektrownie jądrowe. A teraz będzie padał zwykły śnieg, będzie zimno, ludzie będą chorować na dziwne przeziębienia i zapalenia płuc, umrą słabsze niemowlęta, starsi zaczną umierać na serce, pokaże się więcej nowotworów. Jedzenie nabiału nie będzie sprzyjać zdrowiu, ani jedzenie mięsa, ani roślin liściastych. Pomidory będą wyglądać dziwnie, pojawią się wielkie pająki, dziwnie zachowujące się ptaki. Jeśli umrze co piąty człowiek, to jakie znaczenie ma pewność koniecznych ograniczeń w diecie? A jednak smutno będzie bez sera; żegnaj, serze.

Więc o co tu chodzi? Czy to się dzieje na jawie, czy to zły sen? Nikt nie dba o Fukushimę. To jest zbyt poważne, zbyt niebezpieczne, myślą sobie ludzie, niech o tym myślą władcy. Niech oni się martwią. Gdyby było źle, władcy by ostrzegli. Ale władcy milczą. Teraz by trzeba działać, ale władcy siedzą cicho.

Jak się czuł stary rabin w Wodzisławiu koło Jędrzejowa, który wiedział w styczniu 1939, że niedługo Hitler zaatakuje Polskę? Czy mógł  coś zrobić, by uratować swoich Żydów, których w roku 1943 Niemcy rozstrzelali pod murem cmentarza? Także tę kobietę w zielonej aksamitnej sukni i jej dziecko, niemowlątko? Wiem o niej, bo oglądali tę kaźń Polacy, których Niemcy spędzili pod karabinami, by patrzyli na śmierć sąsiadów; była wśród nich moja mama. Czy można było coś zmienić w mieleniu żaren historii, gdy było się kobietą w zielonej aksamitnej sukni? Czy wiedza zwykłej jednostki cokolwiek zmienia w machinie świata?

Kilkaset tysięcy ludzi na Ziemi, może kilka milionów, wie o Fukushimie, ale nic zrobić nie są w stanie. Przerażeni, cierpią i współczują. Można by ewakuować Japończyków, można by całą siłę świata – pieniądze i naukę – skoncentrować na szukaniu wyjścia, zamykaniu elektrowni jądrowych, neutralizowaniu śmiertelnie niebezpiecznych odpadów. Ale władcy świata leżą pogrążeni w depresji jak Sabbataj Cwi; odwróceni twarzą do ściany. Bezczynni. A chcieli być jak Mesjasz. A tu wielka przygoda epoki przemysłowej kończy się we śnie.

Recepta na program polityczny dla rządzących

Prosta sprawa: 1.1.2012 rządząca partia ogłasza wewnątrzpartyjny konkurs na wyhodowanie najdłuższej brody. Czas trwania konkursu  – do 24 czerwca 2012. Kobiety również biorą udział; warunek to opłacone składki.

24.06.2012 zbada się, komu wyrosła najdłuższa broda – kto będzie najlepszy, otrzyma stanowisko wicepremiera do roku 2022. Drugi z kolei otrzyma dwie kadencje jako prezydent kraju. Ten, komu wyrosło najmniej brody, czyli ostatni, otrzyma zadanie napisania do 24 grudnia 2012 roku programu dla partii i narodu.

W wypadku, gdyby pierwszym okazał się obecny premier, połączy stanowiska premiera i wicepremiera.

W wypadku, gdyby obecny premier okazał się drugim, połączy stanowiska premiera i prezydenta.

W wypadku, gdyby obecny premier okazał się ostatnim, nie weźmie się tego pod uwagę.

Program partii i narodu powinien oprzeć się na następujących wytycznych: nacjonalizacja przemysłu i handlu, a także ziemi, komunalizacja wszystkich budynków, obowiązkowe komuny produkcyjne w miastach i na wsiach. Demokracja bezpośrednia. Dozwolone posiadanie przez obywatela 20 pierścionków, kolczyków i kapeluszy i 2 zegarków.

Moda ustalana centralnie.

24.12.2012 – 31.12.2012 – ogólnonarodowa debata nad programem partii i narodu.

1.01.2013 – początek Nowego.

Nasze sławne towarzystwo

Ha, chyba jednak coś się stało ze słońcem.

Wielokrotnie w tym dziwnym grudniu zamierające słońce jednak się trudziło i błyszczało. Byle jaka niedziela w środku grudnia, a tu przez środek południowego okna wnika promień i natrafiwszy na oparcie czarnego lakierowanego krzesła rozprasza się w tęczową aureolę. Duża aureola wokół krzesła, cóż to znaczy? Wszystko jest energią, również czarne krzesło, może powiedziałaby słoneczna aureola, gdyby umiała mówić.

Ba, pewien szewc ze Zgorzelca, Boehme, zobaczył w swej kuchni takie rozszczepione na cynowym dzbanku światło słońca i przebudził się. Co prawda była to inna pora roku.

W grudniu wszystko trudniej.

Anioł Szalgiel, według Kabały zarządzający opadami śniegu, nie zdołał zabrać się do roboty – poprószył dzień czy dwa i odstąpił swoją niebiańską meteorologiczną placówkę aniołom od mgły i od deszczu. A teraz, po świętach, już się słońcu nie chce rozszczepiać na byle sprzętach domowych, ba, nie chce mu się w ogóle ujawniać zza chmur. To może takie maniery wielce polityczne w najlepszym współczesnym stolicznym stylu; jeśli się koniecznie nie musi, nie działa się. Krakowskie słońce nabrało manier od rządu! Ha, skoro jak na górze, tak na dole, to jak na dole, tak na górze.

A tu zaraz Nowy Rok! Może być, że gdyby rząd zechciał, to miałby jakąś idejkę, ideę dla nas wszystkich na rok 2012, ot, choćby – no, od 25 grudnia zacząłby przygotowywać barkę i szyć szkarłatne żagle (ałyje parusa). I na wiosnę wsiedlibyśmy na nią wszyscy, na barkę z ałymi parusami, nasze sławne towarzystwo, cała wspólnota, cukrzycy, maniacy i chorzy na raka też, i popłynęlibyśmy do ciepłych krajów, gdzie mówi się zrozumiałą polską mową.

Ale może już siedzimy w machinie przyszłości i jest to rollercoaster. Rollercoasterem do konsumpcyjnego raju. Na witrynie sklepiku w centrum Krakowa pyszni się napis Merry Christmas. Czy w czasach Franciszka Józefa wypisywano w Krakowie na witrynach Frohe Weinachten? Jest to dobre pytanie, jak odpowiadają niektórzy.

Idejka, dobre sobie. Słońcu się nie chce, to i ludziom nie – stąd na przykład (przykładów skąpo, bo w grudniu nie chce mi się zaglądać na portale) nierząd w zarządzaniu służbą zdrowia. A to pozór, bo tu dąży się do wzorca opieki zdrowotnej w USA, i to rollercoasterem. Wobec tego nie wydaje mi się, by na przyszły rok wystarczył bujny pomysł Palikota na pochód pierwszomajowy. Choć przyznam, że ta idejka jest potężna – znamienite zamierzenie – od grudnia do maja gadać o przyszłym pochodzie lewicy, dla lewicy, z lewicą, lewicowo, i dzięki temu wielomiesięcznemu planowaniu usadzić ludzi o ideach lewicowych jak kwoki na jajach; żeby nigdzie indziej, do innego pochodu broń Boże nie biegli, bo oto pójdzie jeden, lewicowy pochód pierwszomajowy Palikota. Chłopina szpakami karmiony.

Czy może to chodzi o zjednoczenie SLD i partii Palikota? Przednia idejka. Jutro sprawdzę dokładniej.

Hölderlin, Germania

Was nie, błogosławione, objawione

w dawnej krainie obrazy Bogów,

was więcej nie będę przyzywał,

gdy jednak wami, ojczyste wody,

żali się serdeczna miłość, czegóż

ona pragnie, opłakująca świętość? Bo kraina

trwa w oczekiwaniu i niskie jak w upalny dzień

ocienia nas dziś, stęsknionych, ciężkie od przeczuć niebo.

Ciężkie jest od obietnic i wydaje mi się też

groźne, ale chcę pod nim pozostać,

a moja dusza nie będzie już zwracać się wstecz

ku wam, niegdysiejsi, tak mi drodzy.

Bowiem dziś lękałbym się oglądać, jak niegdyś,

waszepiękne oblicza, bo grozi śmiercią,

bo nie wolno budzić umarłych.

 

Minieni Bogowie, przeszli! wy także, pamiętani,

ongiś byliście prawdziwi, w waszym czasie!

Niechcę niczemu przeczyć ani o nic błagać.

Gdy bowiem dokonało się i zgasł dzień,

najpierw odszedł kapłan, a potem

z miłości podążyli za nim do krainy cieni

świątynia i wizerunek, a także obyczaj,

i żadne nie może się już pojawić.

Tylko jak z płomieni żałobnego stosu wzbija się

złoty dym, saga,

i mroczy nam, wątpiącym, głowy,

i nikt nie wie, co się z nim stanie. Czuje on,

jakby cienie tych, co byli niegdyś,

dawnych, odwiedziły powtórnie ziemię.

Gdyby jednak mieli powrócić, uciskaliby nas

i pod błękitnym niebem ludzie jak bogowie

nie wyciągaliby świętej broni.

 

Zieleni się już pole, zasiane

w przeddzień surowszego czasu,

gotowy jest dar

na ucztę ofiarną, rozległa dolina i rzeki leżą

wokół proroczej góry,

i człowiek może patrzeć aż ku Orientowi

skąd dociera doń wiele przemian.

Zaś z eteru spada

wierny obraz i niezliczone zeń spływają

boskie słowa, rozbrzmiewając w najtajniejszej dolinie.

I orzeł, przybysz znad Indusu,

który przefrunął nad

zaśnieżonymi polami Parnasu,

wysoko ponad ofiarnymi górami Italii,

nie szuka radosnego łupu

dla ojca, ale, jak nigdy nie zwykł, wprawny w locie,

stary, na koniec radośnie przefruwa Alpy i

ogląda bardzo odmienne kraje.

 

Szuka kapłanki, najcichszej córki Boga,

jej, która zbyt chętnie milczy w głębokiej prostocie,

jej szuka on, która patrzy ufnymi oczami,

jakby nie wiedziała, najmłodsza, że burza grzmi

wokół jej głowy, grożąc śmiercią;

dziecko oczekiwało najlepszego,

i na koniec w rozległym niebie zdumiano się,

ponieważ jeden tylko był równie wielkiej jak ona wiary,

Błogosławiący, który jest mocą nieba;

dlatego posłali posłańca, który, szybko ją rozpoznawszy,

tak myśli z uśmiechem: Ciebie, Niezłomną, musi

wypróbować inne słowo, i woła głośno,

młodzieńczy, spoglądając ku Germanii:

Ty jesteś wybrana,

ukochana i dość silna,

by unieść trudne szczęście,

 

dotąd skryta w lesie i pijana kwitnącym makiem,

dawcą słodkich snów, nawet mnie nie spostrzegłaś

i długo jeszcze, dziewico, nie czułaś śladu dumy

i rozważałaś, kim miałabyś być i dlaczego,

ale sama tego nie wiedziałaś. Nie omyliłem się co do ciebie

i tajemnie, gdy śniłaś, w południe przy rozstaniu

zwróciłem ci znak pokoju, kwiat ust, i sama przemówiłaś.

A przecież masę złotych snów zesłałaś także,

Błogosławiona! w rzekach i huczały one niewyczerpane

w całej okolicy. Bowiem nieomal święta

jest przede wszystkim Matka,

nazwana przez ludzi ukrytą,

stąd twoja pierś

pełna jest miłości i bólu

i pełna przeczuć

i pełna pokoju.

 

O, pij ranne powiewy,

aż otworzysz się,

i nazwij, co masz przed oczyma,

bo tajemnica nie powinna już dłużej

pozostawać niewypowiedziana,

choć długo była zatajona;

bo śmiertelnym przystoi wstydliwość,

a tak przemawiać przez czas dłuższy

to dar Bogów.

Gdzie jednak źródła przepełnia złoto i dlatego głośniej tętnią,

a na niebie potężnieje gniew,

raz wreszcie między dniem a nocą

musi ujawnić się prawda.

Opisz to po trzykroć,

a jednak żyjące na ziemi niewinne

musi pozostać niewysłowione.

 

O, nazwij, ty, córo świętej Ziemi,

nazwij raz wreszcie Matkę. Szumią wody na skale,

i wiatr w lesie i tym samym imieniem rozbrzmiewa

miniona boskość z dawnych czasów.

Jakaż odmiana! I odtąd jaśnieje

i przemawia radosna przyszłość z oddali.

A pośrodku czasu

żyje w pokoju z poświęconą

dziewiczą Ziemią Eter

i chętni do napominania są

prostoduszni, którzy

zebrali się wokół ciebie,

prostodusznej,

w dzień twego święta,

Germanio, któraś jest kapłanką

i bezbronna udzielasz rad

zgromadzonym wokół

królom i narodom”.


Quis custodiet custodies? Kto strzeże strażników?

Żegnaj, listopadowe słońce. Znikłoś już wczoraj koło południa. Dziś jest 1 grudnia, grudniowe słońce łysnęło koło południa i znikło za chmurami. Niebo zachmurzyło się i pomroczniało. Teraz, jak spekulowali nasi przodkowie, Indoeuropejczycy zabłąkani w północne krainy, siły ciemności będą uparcie atakować do 24 grudnia, i nie wiadomo, czy aby kiedyś, pewnego roku, w końcu nie zwyciężą. My, ich potomkowie, doskonale wiemy, że w grudniu Ziemia obiegając Słońce najbardziej się do niego zbliża, ale co będzie, gdy tym razem Słońce przemoże i przyciągnie Ziemię i spadniemy prosto w jego rozżarzone macierzyńskie łono? Widać, że w każdym światopoglądzie, mitologii czy nauki, czas listopada i grudnia jest niebezpieczny i dlatego bezpieczniej być w ariergardzie niż w awangardzie czasu.

Gdy 11 marca wybuchła Fukushima, świadomość świata stała się brzemienna w wiedzę o zagrażającym nieszczęściu; niedługo, właśnie w grudniu, minie dziewięć miesięcy ciąży, tyle trwa ona u ludzi. Stopione rdzenie elektrowni pogrążyły się dotąd w ziemię na głębokość 12 metrów, jak szacują japońscy uczeni, fizycy. Świat trawi rzeczywistość Fukushimy w milczeniu i nikt nie wie, co się dalej stanie. Czy dojdzie do czego i kiedy. Słowem, co się zrodzi w Fukushimie.

Wobec tego najlepiej zrelaksować się i jak najlepiej wykonywać to, do czego nas stworzył Stwórca. Albo do czego nas, po chwili zastanowienia i korekcie stworzonego, przeznaczył. Po takiej korekcie Stwórcy z biegiem czasu urodzony świniopas zostaje księciem, urodzony książę bednarzem, owca wodzem stada hien. Zbój zostaje strażnikiem klasztoru. I tak dalej. Stwórca może wszak tworzyć i potem korygować swoje dzieło.

Ale jedno pytanie trzeba stale zadawać: „kto będzie strzegł strażników”? Bo może rzeczywiście „świat jest opowieścią idioty, głośną, wrzaskliwą i nic nie znaczącą”? Inne światy być może są inaczej skonstruowane, a nasz tak, jak widzimy. Cóż więc pomoże tu zmartwienie? Współczucie tak, zmartwienie nie.

Przyznam, że od czasu katastrofy lotniczej w Smoleńsku przestałam śledzić szczegółowo polską politykę; wydawała mi się zbyt depresyjnie słaba. W Smoleńsku zginęli prominenci, przyuczeni do rządzenia w USA: Szczygło, Stasiuk, Błasik. Jeśli zginęła w taki sposób elita, to czy dadzą sobie z czymkolwiek radę politycy z drugiego rzędu?

Pytanie wisiało w powietrzu do wypuszczenia z aresztu za kaucją generała Czempińskiego, któremu prokuratura zarzuca korupcję przy prywatyzacji polskiego przemysłu. A potem minister Sikorski wygłosił w Berlinie przemówienie o przyszłości Europy, napisane przez wykształconego angielskiego dyplomatę, Charlesa Crawforda. Crawford jest stwórcą wizji nowej Europy. Możemy się teraz całkowicie uspokoić, czy właśnie podechnąć ze strachu (zginę ja i pchły moje – Zagłoba)?

A jeśli inny twórczy stwórca zastąpił tego, co zaczął dzieło? Quis custodiet custodies?

listopadowe słońce, listopadowy księżyc

Poniedziałkowe słońce w listopadzie w Krakowie, cóż to za błogość, większa od majowej.

Wczoraj był doskonały dzień niedzielny, zakończony złotą łuną na zachodzie i sierpikiem nowiu księżycowego tak ostrym i jasnym, że gdyby go zdjąć z nieba, można by może ściąć nim jemiołę. Gdyby gdzieś w Krakowie było takie drzewo, myślałam sobie wczoraj, idąc Floriańską i patrząc na światełko na wieży Kościoła Mariackiego (gotyk!), warto by może zaryzykować i zdobyć sposobem świąteczną jemiołę. A potem iść na herbatkę do samotnego mędrca, który wszystko ze swej mansardy widzi, jak strażak z wieży.

O czym by się rozmawiało? O polityce w naszym ślicznym miasteczku nie warto na razie rozmawiać. Nie wydaje się, by ktokolwiek wiedział, w którą iść stronę. Cywilizacyjna misja Niemców w Polsce pobiegła praktycznym torem zdobywania bazy materialnej, a ja miałam nadzieję, że zostawią nam bazę, abyśmy sami pracowali, a wysubtelnią nam nadbudowę. Może Niemcy sami jednak w biegu czasu zatracili subtelność; wczoraj pewna niemiecka gazeta uczciła śmierć swego wielkiego poety von Kleista komiksem o jego życiu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to horrorem. Na drugi rzut przychodzi myśl o świadomie prostackim, nieudolnym rysunku Arkanów Wielkich Tarota Marsylskiego; żeby dotarły do wszystkich, również plebejuszy? Żeby się uchowały w czas nieprzychylny ezoteryce?  Ale jednak ktoś, kto dziś kupuje i czyta trudną, opiniotwórczą gazetę, nie powinien być postawiony pod murem i zmuszony do popełnienia estetycznego samobójstwa oglądając komiks.

Co prawda nie tak dawno (w listopadzie) widziałam historię literatury światowej w formie komiksu, kilka stron poświęcono też Hölderlinowi, ukazano, jak się huśta na huśtawce, a z ust wychodzi mu dymek, a w dymku dywagacje bodaj o Matce Naturze, skrót hölderlinowych koncepcji, autorstwa autora książki. Albo więc są to spazmy urynkowionej literatury, rynku książki, w ogóle rynku sztuki, a może nieświadome przeczucie przyszłych czasów, gdy miałyby przetrwać tylko proste i prostackie obrazki, zawierające trudne prawdy. Bo przecież Hölderlin lubił bujać w obłokach, ale nie potrzebował do tego huśtawki. Podświadomość, panie dzieju, podświadomość.

Na tym stanęło moje rozważanie o przyszłej rozmowie, bo przystanęłam na chwilkę pod wielką ustrojoną choiną i tuż obok stojącą zieloniutką akacją. Co robi człowiek, który nie może odłamać w centrum miasta kawałka zielonej gałązki akacjowej? Robi jej zdjęcie komórką. Tak się też stało. Wyostrzony księżyc znikł za dachami, jeszcze trzeba było wybrać dróżki – w lewo czy w prawo – a każdą uliczką i tak doszłabym do domu. Wybrałam uliczkę jaśniejszą.

Hölderlin, Vanini

Uznali cię za bezbożnika? Klątwą

przebili ci serce, skrępowali cię

i wydali płomieniom,

święty mężu! O,  dlaczego nie wrócisz

z nieba w płomieniach, by porazić

głowy oskarżycieli i nakazać burzy,

aby precz wyrzuciła prochy

barbarzyńców z ziemi, z ojczyzny!

Wszakże ta, którą kochałeś za życia, która cię zrodziła,

śmiertelnika, święta natura zapomina

czyn człowieka, i twoi wrogowie

spoczęli, jak ty, w wiecznym spokoju.

Walentyn Tomberg, Méditations sur les 22 Arcanes Majeurs du Tarot [Medytacje nad 22 Arkanami Wielkimi Tarota], fragment Listu XXI

Drogi Nieznany Przyjacielu,

Przede wszystkim chcę ci objaśnić zmianę – pozornie arbitralną – porządku kart Arkanów Wielkich Tarota, bo umieściłem Arkan Głupiec lub Szaleniec, nie mający żadnego numeru i stąd przyporządkowany zeru, po Arkanie XX Sąd, zaś w grze Tarot Marsylski numer XXI nosi karta Arkanu Świat. Oto więc powody nie zmiany numeru karty, ale faktu, że umieściłem medytację nad Arkanem Głupiec lub Szaleniec po medytacji nad Arkanem XX Sąd i przed medytacją nad Arkanem XXII Świat.

Główny powód jest taki, że medytacja nad Arkanem Głupiec lub Szaleniec nie może być konkluzją serii medytacji nad Arkanami Wielkimi Tarota, serii będącej szkołą treningu duchowego, organicznym systemem ćwiczeń duchowych. Medytacja bowiem nad Arkanem Głupiec lub Szaleniec jako ćwiczenie duchowe ze swej natury nie jest zdolna do podsumowania całej serii 21 medytacji nad Tarotem, do odegrania roli ostatniego akordu w naszych poszukiwaniach, umożliwionych symbolizmem Tarota.

Są inne jeszcze powody tej zmiany. Kolejny wskazuje Paul Marteau w książce Le Tarot de Marseille. Pisze on: „Ta karta nie jest oznaczona żadnym numerem, należałoby jej przyznać numer 0 lub 22. Nie może być ona 0, bo wtedy Głupiec reprezentowałby niezdefiniowaną powszechność, podczas gdy jest on mobilny i symbolizuje przebieg ewolucji. Z drugiej strony nie może jej charakteryzować cyfra 22, czyli dwie pasywności, implikujące brak działania, co jest absolutnie sprzeczne z wyglądem przedstawionej na karcie postaci”.

A oto trzeci powód. W Sankt Petersburgu, w Rosji, na początku XX wieku istniała grupa ezoteryków, złożona z kwiecia stołecznej inteligencji. Grupa była wewnętrznie zhierarchizowana, miała kilka stopni: byli w niej martyniści, byli templariusze i różokrzyżowcy. Była to, mówiąc ściślej, szkoła nauczania i praktykowania, mająca trzy „kursy” czy „klasy” – pierwszą klasę, martynistów, drugą klasę, templariuszy i najwyższą klasę, różokrzyżowców. Na czele szkoły stał profesor matematyki z Korpusu Paziów w Sankt Petersburgu, Grigorij Ottonowicz Meubes. Otóż, już po rewolucji październikowej (która oczywiście położyła kres grupie i jej pracy), piszący te słowa spotkał kilku członków tej rozproszonej grupy i zaprzyjaźnił się z nimi. Przyjaźń okazała się prawdziwa, czyli wsparta na nieograniczonym obopólnym zaufaniu, oni (należący do elity grupy, zwanej różokrzyżowcami) przekazali mi wszystko, co wiedzieli i opowiedzieli wszystko o pracy swojej grupy, włącznie z kryzysami i przykrymi doświadczeniami, jakie były ich udziałem. Było to w roku 1920. To wtedy piszącego te słowa – który właśnie przestudiował  mistrzowskie dzieło inżyniera Szmakowa Les Arcanes Majeurs du Tarot (Wielikije Arkany Taro), księgę nieomal dwa razy obszerniejszą od  Le Tarot des imagiers du Moyen Age Oswalda Wirtha czy Le Tarot de Marseille Paula Marteau, a także od książki o Tarocie, opublikowanej przez P. D. Uspieńskiego w roku 1917 – zdumiała konstatacja, jak bardzo może być pożyteczna dla studiów, poszukiwań, praktykowania i postępu w dziedzinie ezoterycznej kolektywna praca nad Tarotem. Bowiem cała praca grupy marynistów, templariuszy i różokrzyżowców wspierała się na Tarocie. Tarot wiódł i inspirował studiowanie kabały, magii, astrologii, alchemii i hermetyzmu. To nadawało całej pracy wyjątkową spójność i organiczną jedność. Wszystkie problemy kabały, magii, astrologii, alchemii, etc., traktowano w odniesieniu do poszczególnego Arkanu Tarota. Stąd na przykład, aby wydobyć ich sens kabalistyczny, medytowano nad 22 literami hebrajskiego alfabetu w świetle 22 Arkanów Wielkich Tarota. I sformułowano wniosek, że każda litera hebrajskiego alfabetu, rozumiana kabalistycznie, odpowiada poszczególnemu Arkanowi Tarota.

Otóż Arkanowi Głupiec lub Szaleniec przypisano literę Szin, 21 literę alfabetu hebrajskiego. Powiedziano mi, że była to litera Arkanu Szaleniec. I dodano najściślej poufnie: ezoteryczna nazwa Arkanu Szaleniec lub Głupiec to Amor (Miłość). Oczywiście dziś dla autora tych Listów nauki i doświadczenia grupy ezoteryków z Sankt Petersburga stanowią tylko ogólny, otrzymany w młodości impuls do zgłębiania symbolizmu Tarota  (w istocie aż do tej chwili nie inspirował się on tym nauczaniem przy pisaniu swoich Listów, Tarot, jaki mu się w nowym świetle ujawniał przez następnych 45 lat, znacznie przekroczył swoim znaczeniem i głębią wszystko, czego mogła nauczyć w teorii i praktyce grupa z Sankt Petersburga), to jednak istnieje jeden wyjątek, jedyny, jaki pragnę przytoczyć: Arkan Szaleniec (lub Głupiec) odpowiada literze Szin, jego liczbą jest w konsekwencji 21, a jego ezoteryczne imię to Miłość.

Oto dlaczego, drogi Nieznany Przyjacielu, medytacja nad Arkanem Głupiec następuje po Arkanie Sąd i poprzedza medytację nad Arkanem Świat. Oprócz dwóch powodów, dotyczących porządku pracy medytacyjnej nad Tarotem i znaczenia liczby 21, trzeci to powinność złożenia hołdu grupie ezoteryków z Sankt Petersburga, żyjących na początku wieku XX.

Hölderlin, [fragment wiersza]

Bo i ja mam serce.

Czy mógłbym być kometą? Myślę, że tak. Gdyż mają one szybkość ptaków;

kwitną w ogniu i są niewinne jak dzieci. Ludzka natura

niczego nadto nie powinna żądać.

Cnocie sprzyja wesołość, sławił ją

szlachetny duch, co nawiedzał

ogród między trzema wierzbami.

Piękna dziewica otacza głowę kwieciem mirtu, bo pełne prostoty

są jej czyny i uczucia.

Zaś mirty rosną w Grecji.

Gdy człowiek spogląda w lustro,

widzi w nim jak odmalowany swój obraz;

i zdają mu się oczy ludzkiego odbicia

równe światłu księżyca. Król Edyp miał może

o jedno oko za dużo. Cierpienia

tego człowieka są nieopisywalne,

niewysłowione, niewyrażalne. Gdy

odgrywa je aktor, nie robią wrażenia. Co jednak

czuję, gdy teraz je wspominam?

Jak strumień płynie  przeze mnie czyjś kres,

jak Azja rozległy. Takie cierpienia znosił Edyp.

To jest oczywiste.

Czy także Herkules cierpiał?

Tak. A Dioskurowie mimo swej przyjaźni

czyż nie znosili cierpień? Bo

jak walka Herkulesa z Bogiem jest ból.

Nieśmiertelność wśród zazdrosnego życia

jest także cierpieniem, bo w życiu uczestniczy.

A to też jest cierpienie,

tonąć w letnim słońcu, skryć się w jego promieniach!

Gdy słońce lata przykrywa człowieka,

ciosami swych promieni zmusza do życia! Tak

czyni piękne słońce: wszystko

pociąga wzwyż. Młodzieńcy

rozwijają się w żarze jego promieni jak róże.

I zda się cierpienie, jakie znosił Edyp,

skargą biedaka, że mu na czymś zbywa.

Synu Lajosa, nieszczęsny cudzoziemcze w Grecji!

Życie jest śmiercią, a śmierć jest także życiem.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.