Miesiąc i jeden dzień

Głowę Piotrowi Stańczakowi ścięli 7 lutego. 6 lutego premier Tusk powiedział publicznie, że nie ma mowy o płaceniu okupu porywaczom, to w grę nie wchodzi. 7 lutego w Pakistanie ścięli głowę geologowi Piotrowi Stańczakowi. Potem do polskich władz dotarł film z ostatnim pożegnaniem Polaka i z aktem zabójstwa. Potem media zaczęły nawoływać, by ze względu na uczucia rodziny zamordowanego zamilknąć nad jego trumną. Potem w lutym Talibowie wypuścili na wolność więzionego inżyniera, Chińczyka. Potem uwolnili porwanego Amerykanina, za jego głowę dano 1000 uwięzionych Talibów. Podobno pod koniec negocjacji za Piotra Stańczaka Talibowie żądali uwolnienia 4 uwięzionych współbraci. Dziś minął miesiąc i dzień od mordu na Piotrze Stańczaku. Cisza w mediach jest tak głęboka i dostojna, jaka panowała podczas jego niewoli, od września zeszłego roku do lutego, do 7 lutego 2009.

Ta sprawa wykracza poza zwykły w polityce rachunek strat i zysków; premierowi Tuskowi opłaciłoby się zapłacić za wolność uwięzionego Polaka górę złota. To kwestia imponderabiliów; jesteśmywspólnotą i musimy tę wspólnotę podtrzymywać i chronić, chroniąc każdego obywatela. Jest honor wspólnoty, honor narodu, honor drużyny. Honor istnieje i wiąże się z morale.

Ta stara opowieść o wiązce patyków, którą można złamać tylko łamiąc patyki po jednym, kolejno, dotyczy, jak myślę, i naszej polskiej wspólnoty, i wspólnoty krajów Układu Warszawskiego. Będzie nas łamał Pluton, pan kryzysu. Razem byłoby nam łatwiej, a gdy będziemy podzieleni, łatwiej będzie jemu.

Dzielne Węgry, mam niemiłe odczucie, że was zdradziliśmy.

Dwóch sprawiedliwych (albo dwoje)

Pewne jest, że dzięki tylko dwóm osobom w USA zaczyna się bardzo pozytywny proces.
218 to była wymagana większość w kongresie, by przyjąć projekt nowego ubezpieczenia zdrowotnego; a tu jeszcze znalazły się dwie osoby, niejako w naddatku. Humanitaryzm to jest coś konkretnego, tak jak liczenie głosów w demokracji – trzeba zadbać o każdego człowieka, bo każdy jest cenny; jest żyjącą istotą i ma niesłychany potencjał. Czy z niego skorzysta, to inna sprawa; oczywiście dziś bardzo wielu ludzi nie ma jeszcze takich możliwości, by w pełni się rozwinąć; ale to można i trzeba zmieniać.
W USA zaczęła się ewolucja egoizmów i okrucieństw;  z dwoma sprawiedliwymi, i z jednym jedynym republikaninem z Luizjany – być może zasługuje on na miano nadsprawiedliwego – Amerykanie ruszają w nową – i starą drogę rozwoju. Starą, bo zwierzę przedczłowiecze zaczęło nią kroczyć przed miliardem lat.

Pięciu sprawiedliwych (albo pięcioro)

„Odpowiedział Pan: nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu” – tak rzekł Jahwe praojcu Abrahamowi, który prosił o ocalenie nieprawych miast Sodomy i Gomory przez wzgląd na 10 sprawiedliwych, jacy być może znajdą się w ich murach. Abraham targ z Jahwe o życie  miast zaczął od  50 sprawiedliwych,  stanęło na 10.

Tak powiada Biblia.

Tych 10 sprawiedliwych w końcu się nie znalazło i Pan dokonał zniszczenia Sodomy i Gomory. „Abraham, wstawszy rano, udał się na to miejsce, na którym przedtem stał przed Panem. I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dookoła, zobaczył unoszący się nad ziemią gęsty dym, jak gdyby z pieca, w którym topią metal”. 7 listopada w USA pięciu sprawiedliwych zadecydowało o wprowadzeniu powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. 220 kongresmenów przeciwko 215. Jest to ogromny sukces prezydenta Obamy i wszystkich rozumnych obywateli, bo oto dotąd wydziedziczeni – 47 milionów Amerykanów  – zyskali realne prawa obywatelskie, a zupełnie zwichrowane i zdegenerowane łaknieniem zysku medycyna i jej siostra farmacja zyskały szansę na normalniejsze, nie tak patologicznie chciwe formy działania.

Zarabianie na strachu przed śmiercią i utratą zdrowia jest metodą prostą, ale szpetną. Jedna szósta obywateli USA, 47 milionów, pozbawionych opieki medycznej, to było niewyobrażalne barbarzyństwo cywilizacyjne. I było to niesprawiedliwe. I nieostrożne.

Jakby w ogóle nie czytali swojej Biblii.

und das ist auch gut so

W noc z 26 na 27 października, ot tak z poniedziałku na wtorek, zakończyła pertraktacje i obejmie rządy w Brandenburgii, krainie w centrum Europy, koalicja SPD i Die Linke. Czerwono-czerwoni. Lewica i Lewica. Centrum Europy jest czerwone. W centrum krainy Brandenburgii zaś leży wolna kraina miejska Berlin, założona na kościach słowiańskich przodków, rządzona przez SPD, und das ist auch gut so.

To jest centrum władzy, pieniędzy i idei, centrum współczesnego wiru europejskiego, und das ist auch gut so.

Po lewej stronie Odry mamy krainę czerwono-czerwoną, a po prawej krainę  czarno- pomarańczową, bo u nas  rządzi chadecja. und das ist auch gut so.

A jeszcze  5 października wybory w Grecji wygrali w brawurowym stylu socjaliści z PASOK, mogą samodzielnie rządzić, mają większość w parlamencie. Kolor PASOK to zieleń.

Grecja to prawdziwa nasza matka, nas, Europejczyków. Tam  narodził się wolny, myślący, samodzielny, badawczy, zintegrowany i wrażliwy na piękno duch rozwoju zachodniej cywilizacji.

Jednak październik.

und das ist auch gut so.

Czterdziestu czterech sprawiedliwych

W obliczu ostatecznego końca wszelkich wakacji poszukuję pociechy.

Piątek sam  przyniósł posłanie czterdziestu czterech  bogatych  Niemców do Angeli Merkel. Lekarz dr Lehmkuhl, inicjator apelu, powiada, że proszą swój rząd, by opodatkował dodatkowo ich majątki w wysokości 5%  i podjął systemowe działania społeczne, by zaradzić  bezrobociu, biedzie i nierównościom społecznym w czas kryzysu , inwestując w edukację, ekologię i wyrównywanie szans. Właśnie tacy są Niemcy, gdy działają ze swego najwyższego poziomu. To antidotum  na Hertę Müller, noblistkę, która zapewne zostanie dla mnie nieprzeczytaną księgą, bo kilka stron w Internecie się nie liczy. Ta Müller, twardorysa bruneta a la tsigane, ta labidząca rumuńska wieśniaczka, wykształcona dzięki bezpłatnemu szkolnictwu, której martyrologia to całusy tajnej policji i hojne poczęstunki wędzoną słoniną i wódką, ta noblistka jest dla mnie tak ostatecznym argumentem przeciwko realnemu socjalizmowi, jak polska warstwa rządząca, która jest bardzo zadowolona, bo oto odcięła się do swoich plebejskich korzeni, skoro najbogatsi w Polsce zarabiają 13,5 razy więcej od najuboższych.  W Polsce po 20 latach transformacji wypracowaliśmy trzecie miejsce w świecie w rozwarstwieniu społecznym:  Meksyk jest pierwszy, USA drugie, a Polska trzecia. A to osiągnęli to ci, którzy wyszli z klasy dyktatorów: robotników i chłopów, i po prawdzie inteligencji pracującej też.

Więc ta Herta, ta toporna Herta , jednak ona też budzi żal, bo nie mogła już dłużej żyć na ziemi, na której bardzo dobrze się czuli jej przodkowie. Herta wróciła do ojczyzny z ostatnią falą, ta Herta, która wystąpiła z Penclubu, bo gardziła swymi współbraćmi ze Wschodnich Niemiec,  z prawdziwych Niemiec, jednak i ona budzi żal.  Bo wrócili, wracały do Wielkich Niemiec kobiety i dzieci, bo strasznie się wstydziły czynów wojennych swego narodu.

To jest problem.

Pracowity ród wieśniaków Müllerów z Siedmiogrodu grał na harmonii i nie miał w domu żadnych książek.  Tacy ludzie jednak też chcieli się cofnąć i Herta wróciła do ojczyzny, i zamieszkała w Berlinie, czuje się tam doskonale, kiedyś tam  mieszkali Słowianie, a teraz czarnowłosa Herta z wielkim nosem.

No cóż, jest problem. W Niemczech koalicja chce upamiętniać muzeami  Niemców sudeckich, Niemców z Królewca, którzy wrócili do ojczyzny. A  ciekawe, co o tych pomnikach  pomyśleliby sobie ci Niemcy,  którzy w roku 1848 opuścili ojczyznę, bo groziła im kara śmierci za rewolucję we Frankfurcie? Ci pierwsi zwolennicy socjalizmu leżą pod dębami na cmentarzu w małym polskim miasteczku.

Czy to w porządku, że trzeba było oddać rodzinną Biblię do klasztornej biblioteki, gdzie może rzucono ją do pieca, że ktoś z ich potomków zmienił nazwisko, a ktoś nie chce mówić po niemiecku?

Co mają myśleć ci budowniczy dróg, inżynierowie i nauczyciele, którzy śpią pod dębem?  Czy to w porządku, że tak się trzeba było strasznie wstydzić za furor teutonicus, poddawać w podejrzenie mowę Hölderlina.

Ale przecież istnieje także poczciwe, prawdziwie niemieckie serce.

Parasole

W poniedziałek wczesną nocą szliśmy jedno za drugim ulicą Grodzką; najpierw córka pod parasolem granatowym, potem mąż z czarnym parasolem córki, na końcu ja z zielonym. Mój mąż niedawno pochował swego ojca i niósł żałobny parasol. Tak się składnie ułożyło – strugi zimnego ulewnego deszczu, który wszystko oczyszcza, nad osieroconym synem ochrona czarnego parasola; dlatego, że ten parasol jest trudny w obsłudze i mąż chciał oszczędzić córce kłopotu przy rozkładaniu. Taka była przyczyna, i taki skutek.

Szliśmy pod osobnymi parasolami, bo każde z nas jest innego wzrostu; szliśmy rządkiem, bo to było sprawiedliwe; trzy parasole obok siebie nie mieściły się na chodniku i jak tu wybrać, kto ma koło kogo iść, a kto sam z tyłu? Padał deszcz, przemaczał buty.

Kiedy umiera ktoś bardzo stary, nie z powodu choroby, ale z braku sił do życia, dlatego, że przestają funkcjonować jego wszystkie narządy, to dobrze jest złożyć na deszczowe chmury obowiązek płaczu, bo śmierć jest tu bardzo wyraźnie częścią życia. Ale trudno przyzwyczaić się do sieroctwa, nawet jeśli niewiele się rozmawiało z ojcem, a samemu ma się siwą brodę filozofa, który istnieje wyłącznie w rozumnej mowie.

Przy kwadratowym placyku Marii Magdaleny, tam, gdzie na ogryzionym cokole stoi słynny jezuicki kaznodzieja, zatrzymałam się, zawołałam, przystanął mąż i córka cofnęła się trochę, podziwialiśmy na niskim szerokim parasolu starego drzewa pancerz ze światełek. Świeciły się w deszczu.

Opowiedziałam córce, jak to w Muszynie na trójkątnym rynku dwie potężne jodły nosiły festony kabli i wielkich żarówek, zapewne zapomnianych od zimy, już na początku września. A tutaj proszę, tylko trochę później, w październiku, lampki świecą na drzewie. Oto doskonałe dopełnienie! Znakomita kontynuacja.

Ale naprawdę doskonale się dopełniło za dwa dni, gdy spadł śnieg, nadając sens bożonarodzeniowym światełkom. Białe dachy, czarne dachy, za chwilę znowu białe dachy. Tak to czasem jest, że samo robi się, jak być powinno: żałobnik idzie pod czarnym parasolem, światełka świecą na ośnieżonym drzewie.

Rozpamiętywanie

Musiałam odwiedzić ostatnio kaplicę cmentarną na Rakowicach. Unikam tego miejsca, ale tym razem się nie udało. Egzekwie żałobne mknęły bardzo szybko do przodu, nie niosąc ze sobą żadnej treści, nie mówiąc o pociesze, więc wykorzystałam ten czas do ćwiczenia wyobraźni. Pachniały białe lilie, ułożone na trumnie.

Na Rakowicach spoczywają doczesne szczątki mej prababki, której fotografię widzę przed sobą w tej chwili na ścianie nad biurkiem. Gdy patrzę w lustro, widzę w nim zarys czaszki mej prababki, jestem do niej bardzo podobna, nawet wyraz twarzy mamy taki sam, a fotografia, przyżółkła sepia, nie przekazała jej kolorytu, który, wedle przekazu rodzinnego, był całkiem od mojego różny.

Siedząc w ławce kaplicy cmentarnej na Rakowicach starałam się sobie wyobrazić, jak czuła się prababka, gdy siedziała tu w czarnym welonie na pogrzebie męża, jak się czuła, gdy po kilkunastu latach sama tu spoczywała w trumnie, nie, nie ona, oczywiście tylko jej ciało spoczywało w trumnie, no i teraz ja tu siedzę, tak do niej podobna, a nie jest jednak za bardzo prawdopodobne, by kiedyś moje ciało czekało tu na egzekwie w pozycji leżącej albo w postaci sypkiej, jako proch po kremacji. Może to ostatni moment.

Cóż więc za naukę by mi przekazała, gdyby mogła? To jest właśnie moment… ale może już kiedyś wołała do mnie z astralnych przestrzeni:  „unikaj ze wszystkich sił, strzeż się za wszelką cenę barona Gottlieba…, barona…”,  a do mnie dobiegło: „za wszelką cenę… Teodora barona, barana…” Może już to kiedyś słyszałam, bo i czas nie biegnie liniowo, i jak wiadomo, nigdy nie wiadomo, co nam się wydaje, i łatwo się przesłyszeć, słuchając ostrzeżenia przecedzonego przez warstwy czasu. Ileż się może zdarzyć literówek… Wszystko jest grą energii, i na dodatek szaloną grą. Póki się nie jest oświeconym, jest się tak szalonym, jak wszyscy ludzie – którzy są szaleni i śniący sen codzienności, który uważają za jawę. Żałowałam, że nie mam kapelusza i czarnego welonu.

Egzekwie w kaplicy się skończyły, lilie pachniały, orszak żałobny ruszył alejkami starego cmentarza i bardzo szybko gnał przez drogę, aleją nowego cmentarza Rakowickiego – aż do wielkiej kwatery, wybrukowanej szczelnie płytami nagrobnymi, leżącymi tak gęsto, że wąską ścieżką między nimi trzeba się było posuwać stopa za stopą, jak Indianie.

Tam w mogile złożono ciało miłego staruszka, którego lubiłam. Żył długo, spokojnie i szczęśliwie, prawdziwy beneficjent Polski Ludowej, pochodzący z ludu, człowiek żyjący z pracy rąk. Beneficjent Polski Ludowej w żadnym razie nie pochwalał zmian, zaszłych po roku 1989. Pochodził z klasy społecznej, od której niegdyś wymagano, by całowała księży w rękę. On tego nie robił; nie chodził do kościoła; być może nie chciałby zapłacić za swój pogrzeb. Może i na swój pogrzeb do kaplicy nie chciałby przyjść. Przed śmiercią ucieszył się, że nie będzie w Polsce tarczy antyrakietowej, bo bardzo go ten projekt martwił. Nie jestem pewna, czy cokolwiek by dla niego znaczyło miejsce, gdzie pochowano jego szczątki. Może by mu się spodobały ludowe drewniane krzyże na świeżych mogiłach, które podobno stawia się z konieczności, bo na Cmentarzu Rakowickim złodzieje kradną wszystko, co metalowe: krzyże i ozdobne nagrobne detale.

Gdy tak daleko doszłam w swoim rozpamiętywaniu, orszak się rozwiązał. W drodze na nieuchronną stypę mijaliśmy niezliczone groby, z których każdy mógłby dźwigać napis Nieuchronny Koniec albo Ostateczna Cielesna Siedziba. Słońce świeciło najweselej, jak mogło, a uwolniony królewski duch staruszka, który – według Słowackiego – odpoczywał we wcieleniu polskiego chłopa, oddalił się, by zająć się swoimi sprawami, na koniec przekazując jakąś naukę… naukę… trzeba się wsłuchać…

Szpinak

Moja Iwonka gotowała na kolację szpinak; wypłukała liście, odcięła korzonki, biorąc po garści szpinaku kroiła go grubo i kładła do garnka, dosypując porwany koperek.

Ja siedziałem za stołem i na kawałkach papieru pakowego malowałem turkusowe gwiazdki. Tatuś mojej Iwonki kładł na każdym papierku po trzy kawałki suszu jabłkowego, a Piekarz kleił kopertkę i owiązywał złotym sznureczkiem. Rozniesiemy to wszystkim Lipniczanom w wigilię pierwszej rocznicy wielkiego październikowego fakelcugu. To jest inicjatywa nasza, lewicy, a co zrobi prawica, to na cały wieczór poszedł szpiegować do Eugeniuszowej baron Rumiany.

Tatuś powiedział: Iwonka, weź więcej szpagetti, i ja poproszę kilka jajek na boczku, bo sam szpinak to nie jedzenie. I wkrój do szpinaku ze trzy ząbki czosnku, jak wyjmiesz zarodek ze środka, to nie będzie tak silnie pachniał.

Moja Iwonka odwróciła się do nas plecami, część szpinaku przełożyła do mniejszego garnuszka, stłukła szklaną pokrywkę, potem salaterka jej spadła na ziemię, potem deska razem z mezzaluną, ale my nic, cichutko kleiliśmy i malowali.

Szpagetti kipiało z garnka.

Tatuś mojej Iwonki zaczął opowiadać, jak raz w Kielcach przed wojną z innymi chłopakami udało mu się kupić bardzo tanio aż 5 kilo pomarańczy, bo pewna handlarka kupiła cały wagon prawie przejrzałych i szybko chciała je zbyć. Że te pomarańcze wysypane były na deski, stół na kozłach, ot jakby ziemniaki, tyle tych pomarańczy leżało, a z nieba prószył śnieg, bo to było przed Świętami. Tatuś zgubił czapkę, było mu zimno w głowę, ale szybko wracał do matki, a tu na rogu Sienkiewicza zobaczył małego chłopaka, zupełnie małego, ot, takiego, sześcioletni może. Włosy miał bardzo bujne, czarne loki, i piękne oczy czarne z długimi rzęsami. Stał i płakał, miał dziurawe buty, nie udało mu się dopchać do pomarańczy. Tatuś dał mu kilka, a on odpowiedział dziękując w swojej mowie i już nie płakał.

Tatuś mojej Iwonki wysiąkał nos i otarł łzy, moja Iwonka przykładała chusteczkę do oczu, a my z Piekarzem głęboko wzdychaliśmy.

Czosnek się przypala, mój kwiatuszku, powiedział Piekarz.

Piekarzu, powiedziała moja Iwonka, ostrzegam po raz ostatni, zrezygnujcie wreszcie z tej waszej bezgranicznej arogancji. Kto wam pozwolił mówić do mnie per „kwiatuszek”? Sprzątajcie ze stołu, kolacja gotowa.

Ofiara całopalna

Poszliśmy znowu z moją Iwonką do Klemensa, i z tortem daktylowym. Dał nam koce, bo trochu zimno, i zaprosił do ogrodu. Podeszliśmy trawnikiem do jabłonki. Przed jabłonką stał wielki trójnóg, jakby ze złota, ale może pozłacany; moja Iwonka wspięła się na palce, spojrzała i mówi: dorzuciliście złote opiłki.

A tak, mówi Klemens, przed godziną Kuba przyszedł i do ofiary całopalnej dosypał złoto. I tak się tu pali dzień i noc przed jabłonką naszą. Bo Kuba dziękuje, że jego Veuve Paris de domo Laveau ma pędzik kwiatowy.

To jakby szedł przymrozek, ten dym będzie akuracik, powiedziała moja Iwonka i zasiedliśmy na trawie przed jabłonką. Klemens pokroił tort i zaczął się nim delektować, a my trochu też, a trochu ino udawalimy, że jemy, Iwonka swój kawałek schowała do torebki, bo my wolimy tort migdałowy.

Stale kwitnie, spytała Iwonka?

Kwitnie, mówił Klemens, i ma owoce, i kwitnie. A jak deszcz spada, to jabłonka jest w deszczu, błyszczy, a już ofiara całopalna nie.

Inteligencja tej jabłonki, zacząłem, daje do myślenia, ale też Kubę trzeba pochwalić, że postawił trójnóg tak, by deszcz nie moczył kadzidła.

A, powiedział Klemens, tutaj wszystko jest w rękach jabłonki. Nie sądźcie, że jestem jej fanatycznym sługą i bezkrytycznie ją wielbię – ja po prostu widzę, jak reaguje na dymy kadzideł. Zauważcie, w zeszłym tygodniu rozwinęła jeszcze więcej pączków, choć niektóre listki jej już żółkną; w końcu to październik. W tym tygodniu już nie rozwija nowych pączków; dojrzewa, ale te kwiaty, co otwiera, zaczęły jej pachnieć.

Hm, powiedziała moja Iwonka i podeszła do jabłonki, nagięła gałąź i powąchała. Potem powąchała swój szal. I jeszcze raz jabłonkę. Czuję pomarańczę, jaśmin, powiedziała, potem nutę gardenii i drzewo sandałowe.  No rzeczywiście.

No sami widzicie, powiedział Klemens.

Skrzywiona Iwonka ze zmarszczonymi brwiami zjadła kawałek tortu daktylowego.

A jej deszcz, jakby chciała, toby spadł na trójnóg z kadzidłem, ale nie chce.

Wystarczy trochu wiatru, powiedziała moja Iwonka przesłodzonym głosem.

Możecie sami zaobserwować, powiedział Klemens; ino musimy poczekać na deszcz.

Słońce zaraz zajdzie, powiedziała moja Iwonka, zimno, i może byśta już oddali kubek od Aptekarzowej.

Deszcz spada o zachodzie słońca, rzekł Klemens, a kubka oddać jeszcze nie mogę. To nie są litery w piśmie Alanów. One są w piśmie księstwa Oddijany.

I co z tego, zapytała Iwonka, tu ważne jest, co znaczy napis.

Iwonka, powiedziałem, to jedyna może pamiątka po naszej pierwszej pannie Szoszanie, czas odległy, to Klemens musi się powoli w niego zagłębiać. Czekamy na deszcz, poczekamy na prawdę.

wakacyjna lektura

Wnuczka doktora Mściwujewskiego szczerze wątpi, czy drapieżny ptak, trzymający w dziobie węża, który przysiadł na wysokim postumencie przed willą jej dziadka, to Turul. Wprawdzie z Muszyny na Węgry niedaleko i święty ptak Węgier z łatwością by doleciał, ale Turul zwykle trzyma w dziobie strzałę czy miecz, a nie węża. Zagadką jest też metal, z jakiego odlano rzeźbę; skradzioną w epoce PRL, milicja odnalazła szybko w Nowej Hucie; była w kawałkach, i przy okazji naprawy nabiedzono się sporo na AGH nad składem stopu, ale go nie ustalono. Muszynę ozdabia więc  – albo ją strzeże – nieznany ptak, wykonany z nieznanego metalu. Mógłby to być Garuda. Święty ptak Indii, święty ptak buddyzmu, wróg węży, który walczy z wężami, żywi się nimi i przedstawiany jest z wężem w dziobie. Orzeł.

Tak, to może być Garuda Khangarid, sługa Jamy, Pana Śmierci, ptasi symbol Mongolii. Drapieżny ptak z rozłożonymi do lotu skrzydłami, pełen mocy i grozy, szafarz napoju nieśmiertelności, amrity, może to on stoi w Muszynie na wysokim cokole. Może przywiózł go z Mongolii powstaniec styczniowy, albo z Indii księgowy maharadży. Sporo jest tu możliwości, może kiedyś cała przeszłość Garudy z Muszyny się ujawni i wyjaśni.

„Nagle niebo ściemniało, przesłoniła je sylwetka orła. Jego czarne, niemal fioletowe, lśniące pióra na kształt ruchomej kurtyny oddzieliły chmury od ziemi. … Lecący Garuda rozpamiętywał. Ledwie przed paroma dniami wydobył się z jaja, a tyle rzeczy już się zdarzyło. Najlepiej o tym wszystkim myślało się właśnie w locie” – tak zaczyna się pierwszy rozdział książki Ka autorstwa Roberto Calasso (tłumaczył Ireneusz Kania); na koniec rozdziału „zanurzony w listowiu drzewa Rauhina, Garuda studiował Wedy. Przez całe lata nie podnosił znad nich oblicza. Teraz odkrywał, kim były wszystkie te istoty, które o taką trwogę przyprawił w niebiosach, istoty, które jak pył rozpraszały się w chwili jego przybycia, które na próżno usiłowały z nim walczyć. Ze czcią skandował ich imiona i nazwy ich rodów: Aditjowie, Wasu, Rudrowie, Waruna, Mitra, Arjaman, Bhaga, Twasztar, Puszan, Wiwaswat, Sawitr, Indra, Wisznu, Dhatar, Amśa, Anumati, Dhiszana, Soma, Bryhaspati, Grungu, Surja, Swasti, Uszas, Aju, Saraswati i jeszcze inni. Trzydzieści troje wszystkich … Absolutnie nieruchomy Garuda odczuwał zawrót głowy, upojenie. Rozbłyskały w nim płomienie hymnów. Dotarł wreszcie do dziesiątej księgi Rygwedy. Tu odczuł jakieś inne tchnienie. Imionom towarzyszył teraz jakiś cień, jakieś imię niewymówione. Oznajmienia przekształcały się jakby w zapytania … Garuda czytał teraz hymn 121. Było w nim dziewięć zwrotek, każda kończyła się tym samym zapytaniem „Kto (Ka) jest tym bogiem, któremu winniśmy składać ofiarę?”  Ta sylaba – Ka – dźwięczała w nim uporczywie, jak sam esencja Wed, esturaium otwierające się na ukryty ocean … Dziesiąta zwrotka, bez pytajników. Widniało w niej imię, jedyne imię w tym hymnie, jedyna odpowiedź. Tego imienia Garuda nie pamiętał, snadź nigdy nie natknął się na nie: Pradżapati.”

Zaś XV, ostatni rozdział świetnej książki Calasso,  kończy się tak: „Przestwór wód ciągnął się bez kresu we wszystkich kierunkach. Tylko w jednym dalekim punkcie coś było widać. Z bliższej odległości można było rozpoznać, że to drzewo, tak ogromne i gęste, że zdawało się górą. Ukryty w jego gałęziach, tworzących połyskliwy zielony namiot, ocknął się Garuda. W szponach – 121 hymn z dziesiątej księgi Rygwedy. Oko utkwił w sylabie, z której wszystko wychynęło. Ka. Kiedy to się stało? I nadal się staje? Przed momentem, czy w innym eonie? Stamtąd pochodziła reszta. I to samo nawracające pytanie: kto jest kim? Uniósł głowę, wciągnął powietrze sączące się przez listowie. Znowu przyszedł czas, by zerwać się do lotu

Piąta cząstka

17 września, 18 września, słonecznego września, i dziś, 23, leżały sobie kasztany i ich łupiny na Plantach między Collegium Novum a ulicą św. Anny, pod wystawą zdjęć Kosmosu. Dziś, 23 września, przechodziłam znowu tamtędy, po prostu lubię te zdjęcia galaktyk i mgławic, i supernowych, ale i kasztany. Patrząc jednym okiem na chodnik, co tam leży ciekawego, zobaczyłam piękny i wielki, i zupełnie rozdeptany kasztan na wysokości zdjęcia Oka Kota. Z jakiegoś powodu przypomniało mi się, że dziś rano zaczął się przy ulicy Krupniczej Kongres Kultury Polskiej. Cóż ma taki kasztanek bez kolczastej łupinki wspólnego ze współczesną literaturą polską, wypromowaną przez nagrody Nike? Taki rozdeptany? Bezbronność, jeśli nikt go nie zabierze sobie do domu, powiedzmy, że o to chodzi. Żałobny nastrój mnie nie opuszczał. Coś się skończyło. Już koniec września, na pewno skończył się przymus wakacji. Szkoda, bo miałam tylko 4 malutkie porcje wakacji. Trzeba będzie doliczyć te promenady koło zdjęć Kosmosu, żeby było 5 cząstek. To też jest przeniesienie w miejsce idealne, inne i cenne. Coś się kończy. Nie zbieram w tym roku kasztanów.

Zdjęć też im nie mogę zrobić, bo aparat córki zepsuł się nagle na początku września, gdy szliśmy zobaczyć mofetę w potoku Złockim, który płynie przez Złockie. Właśnie chciałam zrobić zdjęcie prawosławnego łemkowskiego krzyża, który stoi przy drodze tuż za ogrodzeniem domu, bez ozdób ze sztucznych kwiatów i światełek, ale stoi, może niezbyt szanowany, ale nie zwalony, trochę zarośnięty krzewami, ale nawet pobielony.  I wtedy aparat się zepsuł, i to bardzo na serio. Tak więc nie mam dokumentacji z doskonałej, czwartej cząstki tegorocznych wakacji; pojechaliśmy z mężem do dawnego państwa kościelnego (do roku 1781) i zamieszkaliśmy w Muszynie, stolicy Księstwa Muszyńskiego, własności krakowskich biskupów. Może dzięki tej zwierzchności czas tam jakby stanął od XV do XVIII wieku, potem ruszył, ale niezbyt szybko. W każdym razie do lat powojennych mieszkali w dawnym Księstwie Muszyńskim i okolicach wyznawcy wiary prawosławnej, a znaczy to, że na nabożeństwach i w domu modlono się w języku słowiańskim, może trochę niezrozumiałym, ale na pewno bliskim sercu. Te strony są niezwykle łagodne; w Muszynie spotykają się 3 rzeki, nad nimi na jednej górze rosną lipy w rezerwacie Obrożyska, kiedyś przed tysiącami lat lipy porastały wszystkie pagóry; na drugiej górze ruiny zamku, trzecia góra daleko, za nią Słowacja i Węgry. Pod górą dawna cerkiew, dziś kościół, za cerkwią święte źródełko, cmentarz podzielony na pół, na połowie gęsto katolickie nagrobki, na drugiej wybrzuszenia po grobach porosłe trawą i barwinkiem, kilka krzyży prawosławnych, kilka pomniczków, trzy, cztery napisy. Na pewno skończone i już nie ma o czym nawet mówić; skończyły się moje wakacje. Wprawdzie często mnie nudzą, ale nie w tym roku. W tym roku wakacje się udały.

Cztery małe apoteozy małego miasteczka, które kiedyś było stolicą.

W lipcu Zakopane: kwitł jaśmin i lipy. W malutkim muzeum Makuszyńskiego można odczuć, czym był inteligencki dom i styl życia – przesiedlony ze zniszczonej w powstaniu Warszawy, z lustrem, zegarem, kilkoma obrazami i – to było najmilsze – kilkunastoma malutkimi oprawnymi fotografiami bliskich. Zawsze obecne, łatwe do przewiezienia, takie stadko fotografii bliskich ludzi, do oglądania, odkurzania, wspominania. Można w tym muzeum zrozumieć, co to była Warszawa przed II wojną, z jej bibliotekami, archiwami, bogatymi siedzibami i domami inteligencji. Co to był przedwojenny styl Zakopanego: Makuszyński stoi z nartami na śniegu, ale w berecie, koszuli i krawacie, i w pumpach. No więc taką malutką porcją wspaniałości sprzed II wojny nakarmiło nas Zakopane, które – przeszyte potokami – jest pełnym mocy słowiańskim Freiburgiem Bryzgowijskim, albo mogłoby nim bez trudu być, gdyby zechciało. Zrobiłam w Zakopanem zdjęcie ptaszydłu, siedzącemu na wielkim modrzewiu o ściętym wierzchołku; mam nadzieję, że to był kruk. Zrobiłam zdjęcia wielu potokom i słońcu zachodzącemu za drzewo na Krupówkach, a także staremu domowi, w którym mieszkaliśmy.

Druga cząstka wakacji jest krakowska; na Plantach matka z dziećmi zagadnęła mnie o Wawel, jak dojść, bo tam samochód. Taka piękna pogoda, mówiła, ale dzieci zmęczone. Właśnie przyjechali z Zakopanego, tam nie było tak gorąco. Byli wszędzie, byli w Morskim Oku. Zrobiło mi się nieswojo, bo już wtedy wiedziałam, że gdy ja robiłam zdjęcia potokom i drzewom, przy drodze do Morskiego Oka umarł na oczach ludzi zamęczony koń. Jeśli moi rozmówcy wiedzą, to może mieli zepsute zwiedzanie Zakopanego, a byli tacy mili, niebieskooka blondwłosa mama, śliczne wielkookie białowłose dzieci; ale nie, nic nie wiedzieli o koniu. Postanowiłam ich śladem pójść na Wawel, wielu ludzi wpadło też na ten pomysł; przy drodze do Kolumny Wolności z roku 1918 kwitła akacja, a był już sierpień. Obok kolumny stały trzy przekwitłe lipy, to jest tuż przy zejściu do smoczej jamy; godzinkę chodziłam po dziedzińcach i obok budynków wawelskich, wyszłam wejściem obok pomnika Andrzeja Tadeusza Kościuszki, z matki prawosławnej, ochrzczonego w dzień patronów z kalendarza prawosławnego, a największego bohatera polskiego.

Trzecia cząstka wakacji to może dwie godziny w malutkim dziwnym ogrodzie na Krupniczej; jest tam muzeum Mehoffera; kawiarnia w ogrodzie przymuzealnym jak na jego obrazie „Dziwny ogród”. Dzień był słoneczny i trochę mglisty, właśnie dojrzały wielkie zielonkawe jabłka na młodych jabłonkach. Kobieta w ciąży, w długim białym fartuchu, weszła na trawnik, może dotknęła drzewek. Sroka jadła spadłe jabłka. Brakowało kilku elementów, ale to był bez wątpienia ogród z obrazu. Założony 100 lat po namalowaniu płótna, i drzewka są jeszcze zbyt niskie, a kolor róż sztamowych niezupełnie mi się podoba. Nie ma szafirowej ważki; chyba że przybrała postać sroki. Oto najlepsza kawiarnia w Krakowie, wreszcie znalazłam ideał.

Czwarta cząstka wakacji to Księstwo Muszyńskie, o którym długo by opowiadać. Aż za Szczawnicę lud w górach modlił się przez wieki po starosłowiańsku: Otcze nasz, iże jesi na niebiesiech, da swjatitsja imja Twoje, da pridjet carstwie Twoje. Zajrzeliśmy do cerkwi w Szczawniku; św. Demetriusza, właśnie był pogrzeb. Ceremonia wobec wspaniałości złotego i purpurowego, i błękitnego ikonostasu, cherubinów na ścianach, Matki Boskiej z Góry Atos na sklepieniu, była błoga, pełna wytchnienia i nadziei. Trafiliśmy na kazanie – ksiądz dzielił się z parafianami nadzieją, że zmarły codziennie odmawiał modlitwę Ojcze nasz. Jakoś nie poszliśmy oglądać świętego źródełka za cerkwią, żeby nie przeszkadzać wiernym. Jeszcze zdążyłam zrobić zdjęcie ptaka Turula. Przyleciał (chyba w XIX wieku) prosto z Węgier i osiadł na wysokiej kolumnie przed willą doktora Mściwujewskiego, lekarza i założyciela uzdrowiska. Ptak Turul z wężem w dziobie – pokonał go najwyraźniej – rozkłada skrzydła w Muszynie. Może stąd klimat tamtejszy jest tak miękki i słodki. Wnuczka dr Mściwujewskiego powiedziała nam, że niedaleko w potoku Złockim jest warta obejrzenia mofeta, wulkaniczna szczelina w ziemi, z której wydobywa się dwutlenek węgla. Wybraliśmy się na oglądanie mofety, w zacienionym jarze, w wody mrocznego zarośniętego zielskiem potoczku nieustannie wydziela się z ziemi gaz, tworzy bąbelki na wodzie, słychać jego dyszenie w odwiercie. Czegoś takiego świat nie widział, ale ja na zdjęciu nie mam mofety. Aparat się zepsuł, a naprawić go trudno.

Muszyna ma główną ulicę, Kościelną, z domków parterowych, jednolitych; okno, brama, okno, brama. I w tych oknach stoją orchidee, a u jubilera rośnie Fortune Buddha. No i któż powie, że świat nie ma sensu – albo że nie jest zszyty w całość jakąś bardzo mocną nicią, zieloną. Bo czemu nie zieloną? A może złotą?