Przeczytałam dzisiaj wiadomość od agencji Xinhua (via PAP i Onet): „Mnisi z kilku klasztorów buddyjskich w Tybecie przekazali 1,17 mln juanów (168 tys. USD) pomocy ofiarom majowego trzęsienia ziemi w Chinach.” Jako darczyńców wymieniono Panczenlamę, dostojnika po Dalajlamie drugiego w hierarchii, i święte klasztory Sera i Jokhang, arcyważne dla praktykujących buddyzm wadżrajany. W katakliźmie zaginęło ponad 18 tysięcy, zginęło 69 tysięcy Chińczyków. Dzięki darowi Tybetańczyków będzie można kupić dla tych, co przeżyli, więcej lekarstw, jedzenia i śpiworów, a może butów, a może okularów.
Na pewno mnisi z Tybetu wykonywali swoje praktyki religijne w intencji dobrego odrodzenia Chińczyków, którzy zginęli, i zmniejszenia cierpienia pozostałych przy życiu, osieroconych , okaleczonych, zubożałych. Ale jednak postanowili działać też na planie materialnym, ofiarowali pieniądze, które sami dostali w darze. Bo nasz świat funkcjonuje dzięki pieniądzom, kiedyś może będzie inaczej, kiedyś było inaczej, dziś jest tak.
Czy taki dar to tylko czyste współczucie? A jeśli jest to też dyplomacja? Tak, można też powiedzieć, że jest to dyplomacja prowadzona najwyższymi środkami; mnisi buddyjscy chcą mieć udział w łagodzeniu cierpienia tych, co może kiedyś niszczyli tybetańskie klasztory.
Mnisi, świadomi, że żyjąc na świecie wszelkie dobra tylko użytkujemy, postanowili przekazać część swoich dóbr na potrzeby innych. Oto zrozumienie i dążenie do porozumienia. Oto najwyższy rodzaj dyplomacji.
Ogólnie trudno jest w życiu przyjąć właściwą postawę, zwłaszcza gdy poruszamy się w świecie wartości niematerialnych. Marzenia bierzemy za rzeczywistość, wchodzimy do krainy urojeń i powidoków. Często przychodzi wtedy pomysł sięgania wstecz; i oto Unia Wolności – pragnąć uzyskać swego rodzaju nobilitację dla proponowanej przez siebie przebudowy państwa – podpisuje konkordat z Watykanem, jakby był znowu rok 1922. Podczas II wojny Watykan naruszył konkordat, rząd PRL wypowiedział traktat po wojnie, ale w roku 1993 Mazowiecki, Suchocka, Geremek, Rokita, i kto tam jeszcze zarządzał polityką polską, pragnęli legitymizacji. I uzyskali ją, ale z takim efektem, że gdy niedawno wynikła sprawa wypowiedzenia tegoż konkordatu przy okazji pierwszego wywiadu z Napieralskim po wyborze na przewodniczącego SLD, nagle okazało się, że społeczeństwo na pytanie „Czy Polska powinna wypowiedzieć konkordat?” daje w 53% odpowiedź „tak” (na 25 386 odpowiedzi, z 2 czerwca). To jest uśpiona opinia publiczna, która się nagle ocuciła. W późniejszym o dwa dni badaniu opinii na pytanie „Polska powinna zerwać konkordat?” jest już 85, 57% odpowiedzi na tak. Co to znaczy? Taka jest postawa Polaków wobec rzeczywistości konkordatu. Powinna tę postawę wziąć pod uwagę także PO, a jako chadecja mogłaby działać w jedwabnych rękawiczkach.
Choć gdy pomyśleć, jak wyobraża sobie działania dyplomatyczne Sikorski, minister SZ, który wzywa w Afganistanie do pomsty za śmierć swego przyjaciela, niczym młody król Dawid, opłakujący śmierć swego przyjaciela Absaloma… który chce stawku zamiast PKiN… Ale co kiedyś było wolno wojowniczemu królowi Izraela, tego dziś nie wolno dyplomacie; i co kiedyś było wolno Katonowi, dziś nie wolno dyplomacie. Naprawdę nie warto wchodzić we własne korzenie, bo świat ewoluuje i oferuje postawy bardziej otwarte, racjonalne i skuteczniejsze, niż próba marszu do przodu z głową wykręconą wstecz.
Jak trudno jest przyjąć właściwą postawę w sensie dosłownym osobom, które próbują zaczerpnąć sił żywotnych z wartości prawicowych, przekonałam się oglądając w maju w TVP wywiad z XIV Dalajlamą, przeprowadzony przez Tomasza Lisa. TVP na rzecz nadawców prywatnych pozbyła się transmisji Mistrzostw Piłkarskich, Festiwalu w Sopocie, telewizyjnych Wiktorów, został jej jedynie, i to z odzysku, szczęściarz T. Lis; TVP sfinansowała jego wyjazd do Dharamsali, siedziby Dalajlamy. Pamiętam, w jakiej postawie niegdyś Lis przeprowadzał dla prywatnej stacji wywiad z Giulianim, o którym mówiono, że może wystartuje w konkurencji na prezydenta USA; Lis duchowo i cieleśnie siedział przed nim na baczność (jakby: „ich melde gehorsam”). Rozmawiając z Dalajlamą Lis dziwnie się rozpierał, a nawet rozwalał w fotelu, prezentując sztuczny luz naprzeciwko człowieka, który (wg Time’a) wywiera największy wpływ na losy świata. T. Lis był kiedyś uczniem duchowym dominikanów, może to efekt ówczesnych katechizacji, choć moja znajoma (w wieku postbalzakowskim) zapewniła mnie, że podczas wywiadu pojawił się jednak u Lisa jakiś błysk w oku.
Blask jest zaś właściwy osobie XIV Dalajlamy. Podczas tego wywiadu przekazał wszystkim polskim widzom – również Lisowi, również mnie, każdemu, kto słuchał – prostą, ale bardzo ważną praktykę buddyjską: wyobrażasz sobie kogoś, kto ci sprawia największe kłopoty, kto cię najbardziej nienawidzi, swojego wroga, i wyobrażasz sobie, że odbierasz od niego cały jego ból, gniew, złość, agresję, szaleństwo w postaci czarnych kłębów toksycznego dymu, a posyłasz mu jasne światło, oczyszczone i wszystko oczyszczające. Dobre nastawienie, postawę dobroci.
TVP dając Polakom możliwość poznania XIV Dalajlamy i zapoznania się z tą praktyką, praktyką „brania i dawania”, codzienną praktyką buddyjską, spełniła misję publiczną. W tym zakresie.
Ale postawy ewoluują.