Miesiąc i jeden dzień

Głowę Piotrowi Stańczakowi ścięli 7 lutego. 6 lutego premier Tusk powiedział publicznie, że nie ma mowy o płaceniu okupu porywaczom, to w grę nie wchodzi. 7 lutego w Pakistanie ścięli głowę geologowi Piotrowi Stańczakowi. Potem do polskich władz dotarł film z ostatnim pożegnaniem Polaka i z aktem zabójstwa. Potem media zaczęły nawoływać, by ze względu na uczucia rodziny zamordowanego zamilknąć nad jego trumną. Potem w lutym Talibowie wypuścili na wolność więzionego inżyniera, Chińczyka. Potem uwolnili porwanego Amerykanina, za jego głowę dano 1000 uwięzionych Talibów. Podobno pod koniec negocjacji za Piotra Stańczaka Talibowie żądali uwolnienia 4 uwięzionych współbraci. Dziś minął miesiąc i dzień od mordu na Piotrze Stańczaku. Cisza w mediach jest tak głęboka i dostojna, jaka panowała podczas jego niewoli, od września zeszłego roku do lutego, do 7 lutego 2009.

Ta sprawa wykracza poza zwykły w polityce rachunek strat i zysków; premierowi Tuskowi opłaciłoby się zapłacić za wolność uwięzionego Polaka górę złota. To kwestia imponderabiliów; jesteśmywspólnotą i musimy tę wspólnotę podtrzymywać i chronić, chroniąc każdego obywatela. Jest honor wspólnoty, honor narodu, honor drużyny. Honor istnieje i wiąże się z morale.

Ta stara opowieść o wiązce patyków, którą można złamać tylko łamiąc patyki po jednym, kolejno, dotyczy, jak myślę, i naszej polskiej wspólnoty, i wspólnoty krajów Układu Warszawskiego. Będzie nas łamał Pluton, pan kryzysu. Razem byłoby nam łatwiej, a gdy będziemy podzieleni, łatwiej będzie jemu.

Dzielne Węgry, mam niemiłe odczucie, że was zdradziliśmy.

Radosna zmiana

Ostatnio Elka przychodzi do nas stale na jedzenie, bo Kuba wyjechał i zabrał klucze od swojej pracowni, piwniczki i spiżarki, a także kartę kredytową i debetową. Zwykle jest wegetarianką, a jak czasem je mięso, to towarzyszy Tatusiowi mojej Iwonki.

Dziś na kolację dla Tatusia, Elki i Piekarza robiliśmy tatara, źle mi szło siekanie polędwicy, jeszcze gorzej krojenie korniszonków, bo uciekały z deski, musiałem przesiekiwać na drobniej, tak samo z cebulą, moja Iwonka nie była zadowolona, bo sobie poharatałem palce mezzaluną, ale nie wzruszyła się krwią na cebuli, bo mówi, to i tak pójdzie do tatara, a jakąś ofiarę na rzecz wspólnoty wypada czasem ponieść.

Elka, jak weszła do kuchni i zobaczyła moje palce w plastrach, mówi, że dziś nie jest wegetarianką i chętnie dosieka te korniszonki. I zabiera mi fartuch, i sieka, i zaczyna się śmiać, i mówi: Rąpucel przysłał mi zaproszenie do spa, że za tydzień jadą z Wątrobianką, i ja też mogłabym, bo jest promocja 3 za 2. I że Wątrobianka nie tworzy, bo brak mu inspiracji, i żebym pamiętała wziąć szpilki, bo w hotelu są fajfy. To wy Iwonka możecie mieć trochu racji, i tyn Wątrobianka sam mi lezie pod nóż. Ino to jego nazwisko, bo wiecie, że Kuba i tak ma nazwisko niewymawialne, czyli ściśle tajne.

No tak, powiedziałem, nikt z nas nie wie, jak się właściwie nazywa ten wasz Kuba.

Może więc rzeczywiście wezmę pod uwagę Wątrobiankę, mówiła Elka jakby mnie nie słyszała, i on się nawet by zgodził, bo już pytałam Rąpucla, tylko on chce, by nazwisko było jedzeniowe, bo ducha on sam zapewni, jak mu wróci natchnienie.  Bo ja nie chcę nazywać się Wątrobianka.

Jeśli chodziłoby o nadanie i utrwalenie mocy, to bezwzględnie można by dać Wątrobow. Ewentualnie utalentowanego Wątrobowa przyjąć do herbu, powiedział Tatuś mojej Iwonki, to się czasem robi, by wynagrodzić zasługi.

Ha, mówi Elka, on niby poeta znany w powiecie, może by wystarczyło, tak jak zamiast majonez piszemy Mayonnaise, żeby zamiast Wątrobianka, jakby to …

Leberwurst, powiedział Wikary z kąta, gdzie splatał jakąś sieć. Wy, Elka, jesteście jak brzoskwinia w blasku księżyca tuż przed pełnią, nawet wam przypasuje takie Leberwurst. Bydzie fusion.

Czy lepiej Kogel-mogel, mówiła zaróżowiona Elka, co właśnie oddzielała do tatara żółtka od białek.

Wtedy nazwiska wystarczyłoby też na Rąpucla, powiedziała moja Iwonka.

Można by też wziąć pod uwagę Cymes, rzekł Tatuś mojej Iwonki.

Albo Oliva Extra Vergine, rzekł W., grzebiąc w plecaku.

Tu się trochu śmieliśmy, choć to nieładnie śmiać się z nazwisk.

A może po prostu Kawior, rzekł Baron Rumiany; wyglądając na głodnego, otwierał puszki z sardynkami.

„Powściągająca siła małego”, odczytał Wu ze swej Księgi, wyjętej z plecaka. I dalej się powiada: „Jeśli jesteś szczery, krew zniknie i ustąpi lęk”.

No, powiedziałem, przecie jesteśmy tym, co jemy.

To ja jestem hreczką, powiedziała Aptekarzowa.

A ja soczewicą z rodzynkami, mówi moja Iwonka.

Ja tam jestem pierogi ruskie, rzekła Elka. Koledzy popatrzyli na nią nawet z apetytem, choć na stole już stał tatar.

Miasto New York i marka H&M

W Nowym Jorku studentka znalazła na ulicy worki z pociętymi nowymi zimowymi ubraniami, niesprzedanymi przez H&M i zniszczonymi przez sklep, by ochronić swoją markę. Kilka metrów dalej spał na tekturze bezdomny człowiek.

Internauci, komentujący pod artykułem Eda Pilkingtona w Guardianie, uważają, że to skandaliczna sytuacja, za którą winią kapitalizm. Tylko jeden człowiek broni idei marki, która straciłaby na wartości, gdyby zaczęli jej używać – chodzić w jej ubraniach nędzarze.

W Nowym Jorku na ulicy mieszka ok. 39 000 ludzi; w tym ok. 10 000 rodzin, a 16 500 dzieci. W Ameryce panuje kryzys największy od lat 30. XX w., a dziś w nocy mróz ma osiągnąć -10 stopni C.

Zmiana czyli to, co niezmienne

To jest mądrość w pierwszym gatunku, z Chin. Trwa zima, wczoraj była Wigilia prawosławna, pada śnieg i miło byłoby napisać; lubię zimę, pamiętam, razu pewnego, gdy się ostatnio rodziłam, było to w styczniu, spadły wielkie śniegi, trzymetrowe zaspy odcięły miasteczko w Bieszczadach od świata. Wilk chodził podwórzem koło studni, mama myślała, że to dziki pies, nie bała się.

Lubię styczeń, nie pamiętam swoich narodzin, ale zimę lubię. Jest piękna zwłaszcza w mieście i nocną porą, gdy Kraków, ze śniegiem zaległym na różnoforemnych dachach, na krzywych drzewach Plant i sypiącym w smugach światła staroświeckich latarń, tworzy istne ożywione odwzorowanie starych ilustracji Szancera do baśni Andersena; gdy pod żółtą latarnią ktoś czyta straszny list o śmierci. Albo gdy pod murem cudzego domu dziewczynka z zapałkami siedzi w śniegu i umierając widzi w płomieniu zapałki wielką świąteczną gęś, a za oknem w pokoju błyszczy wielka choinka. Teraz też ludzie umierają z zimna pod murami domów z wystrojoną choinką i wielką pieczoną gęsią.

Największym dobrodziejstwem moich lat w PRL było oszczędzenie mi widoku upiornej nędzy moich bliźnich.

Czy PRL był okrutny? Był, do roku 1956, ale ja tamtych pierwszych lat wojny domowej nie pamiętam. Pamiętam lata późniejsze, powszechny fałsz i nieszczerość; konieczność ukrywania poglądów politycznych, znajomości historii czy losów swej rodziny; to kłamstwo było przygnębiające, ale miało się przynajmniej pewność, że ci okropni zakłamani karierowicze i prostacy, rządzący z doboru negatywnego krajem, muszą być posłuszni doktrynie sprawiedliwości społecznej i zadbają o należyte zapobieżenie skrajnej ludzkiej nędzy, choćby nią bardzo gardzili. I świat naokoło mnie był wtedy sprawiedliwszy, to jest pewne. Pozbawiony wdzięku, represyjny, faworyzujący kłamców i arywistów, cyniczny, ale sprawiedliwy, bo nikt nie żebrał złotówki na chleb i nie umierał z zimna pod murem.

Dziś drugie Boże Narodzenie, bo einmal ist keinmal. A skoro tak, to można by zaśpiewać: schwarz und dunkel ist die Nacht, immer kurz bevor der Tag erwacht. Czyli – najciemniej o świtaniu.

Trzeba przyznać, że nasz język jest niezmiennie najpiękniejszy.

Chwarena czyli blask chwały

Nowy rok 2010 zaczął się, tak jak i stary 2009 się skończył, pod opieką rzymskiego boga Saturna, brodatego starca z sierpem.

I tak trwa aż do dziś; nad ranem przyśnił mi się najpotężniejszy polityk w Polsce. Stał w mroku. Był pogrążony w mroku i wyglądał ponuro. Poważny, zgryziony, niebezpieczny nieszczęśliwy człek. Ale nie wydawało się, by czuł się źle w tej mrocznej tonacji. Nie czuł bólu istnienia, tylko był bolesny i zbolały. Był ponury i nieszczęśliwy i był sobą, bo taki jest. Bardzo groźna postać ponura. Bez krzty blasku. Nie chodzi o brak blasku młodości i urody, to jasne, ale istnieje przecież blask mocy, radości z władzy i z pewnej ręki szermierza, ze swego udatnego rządzenia; ale jemu władza nie sprawia radości. Jest powód, dla którego ją sprawuje, ale nie jest to blask. Polityk nosił na głowie nakrycie podobne do kolonialnego hełmu.

Ten polityk nie miał na sobie ani w sobie ani krzty chwareny. Chwarena, staroperski termin, oznacza blask szczęśliwie ku pomyślności kraju sprawowanej władzy, chwałę władzy.

Zbudziłam się z przygnębiającego snu i uświadomiłam sobie, że melancholijny Saturn rządził kiedyś i znakiem Koziorożca, i Wodnika, czyli grudniem, styczniem i lutym. Jeśli pięknej, śmiercionośnie mroźnej zimie na naszej półkuli musi patronować bóg śmierci, pożerający własne dzieci melancholijny starzec, to po pierwsze, moglibyśmy sobie wybrać na patrona tego okresu słowiańskiego boga śmierci, czyli starego Flinsa. Niesie on na ramieniu lewka, w drugiej ręce ma może miotłę lub pochodnię, a może kosę. Czcili go kiedyś koło Szprotawy i w Saksonii; małego lwa mógłby zastąpić duży kot. I ustalmy, że w prawej ręce Flins dzierży nie kosę, ale miotłę, którą starannie wymiata niepotrzebne śmieci. I oto będziemy mieć sympatycznego władcę zmiany lat – starca lubiącego koty i porządek.

A gdyby się jednak okazało, że taka zmiana to za mało – i nadal początek nowego roku jest równie pozbawiony blasku, co koniec starego – to jest jeszcze jeden sposób na przymnożenie światłości. Moglibyśmy przenieść początek nowego roku na 21 marca, dzień zrównania dnia z nocą. Wtedy w Eurazji triumfuje zasada światła, zaczyna śpiewać kukułka, zaczyna się wiosna. Rachubę nowego roku zaczynalibyśmy na wiosnę, a nie w mroźnej aurze znieruchomiałego melancholijnego czasu początku zimy, gdy jeszcze tak długo będzie zimno.

Jak się skończyło 31 grudnia, tak jest nadal 1 stycznia. Europa od XVI wieku zaczyna rachubę roku pod ciemną gwiazdą Saturna. Może nasza historia wyglądałaby promienniej, gdyby co roku wkraczać z nadzieją w wiosnę? Morderczość wojen religijnych i bratobójczych, i ucisk państw, i upadki królestw i cesarstw, rewolucje i kontrrewolucje, kolonizację innych kontynentów, władzę jako ponurą melancholijną przemoc bez krzty blasku, zmierzch, zanik sił, czerń i ołów – to mieliśmy w Europie. Czas na zmianę.

A propos, buddyjski rok 2137 zacznie się w tym roku 14 lutego. Prawie umknął Saturnowi – umknąłby, gdyby Saturn nim władał, ale nie włada.

Gdyby zaś zachował się w użyciu kalendarz republiki francuskiej, mielibyśmy dziś dzień krzemienia (silex), 16 dzień miesiąca śnieżnego, roku 218.

Najdłuższa noc w roku

Miałam w tym roku niesłychanie ciekawą Wigilię. Aż strach.

Zwykle spotykamy się w gronie powinowatych, i chodzi o małomieszczańską Gemütlichkeit, uzyskaną skromnymi środkami, tanim małopolskim kosztem. Nic nie jest równie bezpieczne jak małomieszczańskość. Ja po prostu uwielbiam tę atmosferę, apoteozuję mieszczańskość, miasto, miasteczkowość, ich twórczą siłę nudy i powinności.

Tak było, ale się zbyło; w minioną Wigilię znad tłuczonych ziemniaków i ugotowanej kapusty kiszonej, bo karpia nie jadam, obserwowałam z prawdziwym napięciem moich powinowatych, zwolenników PO. Rozmawialiśmy o misyjności niektórych telewizji prywatnych i rozgłośni radiowych, konieczności prywatyzacji telewizji publicznej, szkolnictwa wszelkich szczebli, a także szpitali, doskonałości obecnego sytemu emerytalnego w Polsce, niesłychanej sprawności rządu, bo mamy taki sam dochód co Holandia; te rozhowory, doprawione goryczą konstatacji, że w Polsce jeszcze nie ma prawdziwego zrozumienia marki, logo i samochwalną słodyczą, iż okulary z logo naprawdę są tak drogie, że trzeba je ubezpieczać, rozhowory, podlewane trunkiem, który wyglądał na włoski wermut, ale na etykiecie pisało, że wyprodukowany w Pruszkowie; te rozhowory nad piernikiem i sernikiem zlewały się w niesłychaną grozę najdłuższej nocy w roku, nocy, gdy Słońce może już nie wrócić.

Patrzyłam na powinowatych z prawdziwym zaciekawieniem, bo co, jeśli, zgodnie z wewnętrzną logiką tajonych zależności wedle PO, ta skrzętna osoba w czerwonych kolczykach okaże się tajemniczą rezydentką? A ten tu to może aferzysta na skalę europejską, a ten drugi, co uznał, że Pruszków jest dobrą marką, może mieć jakieś malownicze narowy?

No i kim jestem ja sama, która dostałam w prezencie ducha dzbanka do herbaty, szklaną kruchość we wzorek z kwiatów wiśni? Przecież nie zliczę serwisów, które mi się stłukły.

Nie było nudno podczas Wigilii. Choć może pora na przejście od przytulności do istotności.

Wiadro róż

Po zachodzie słońca, gdy moja Iwonka przyszła ze młyna, poszliśmy do Elki. Wszystkie już siedziały za stołem, Kuba w zielonym fartuchu uwijał się koło pieca i odgrzewał kapustę, kroił gęś. Widać było, że to samsara: połowa kieliszków na stole kryształowa, połowa szklanek. Na kredensie jedna tylko dekoracja, a to wiaderko metalowe z różami czerwonymi. Na oknie zapalony adwentowy świecznik, ściany jak zawsze szarobiaławe, i dużo wina stało na kredensie. Kuba odkorkowywał, rozlewał.

W zasadzie przyszlimy do Elki stworzyć wspólnie przedświąteczną atmosferę miłości, spokoju i godnego przygotowania do najpiękniejszego dnia w roku w naszy Lipnicy. Nie byliśmy do końca zdecydowane, jak to osiągnąć małym kosztem, póki Tatuś mojej Iwonki nie wspomniał, jak to w grudniu roku 1981 pod Kielcami we dworze cięgiem skubali szarpie. No to teraz siedzielimy za okrągłym stołem i wszystkie skubalimy watę na naszą lipnicką choinkę, bawełnianą 100%, do wielkiego kosza na ziemniaki. Bo zresztą Elka sama powiedziała, że to będzie najpiękniejsza ozdoba, rękami naszego zubożałego kółka bezpiórych dwunogów uczyniona. Bo wcześniej pomysłów było dużo, Romanowa mówiła o dmuchaniu szklanych ptaszków, Eugeniuszowa o złoceniu orzechów, Aptekarzowa chciała, żeby kupić pierniczki, to ona przewlecze nitki. Ale funduszy wystarczyło ino na watę, jedno opakowanie, więc skubaliśmy malusieńkie cieniutkie płateczki, prawdziwie śnieżne, odkładaliśmy do kosza, szybko to szło.

Światło wygaszone, przy świeczniku siedmioświatełkowym zrobiliśmy sobie konkurs, kto opowie najstraszniejszą historię, co się od wiosny komu drugiemu przydarzyła, i opowiadaliśmy po kolei, a śmiechu było tyle i takiego szybkiego, że Kuba wrócił się do piwniczki raz jeszcze po butelki. Odkorkował, jedliśmy gęś, śmieli się i śpiewali.

Potem mieliśmy jeszcze w planie wykład Kuby z rzutnikiem, wydrukował i rozdał wcześniej temat, jakoś: „O najdalszym zasięgu występowania kultu Kroda, badania własne. Symbolika wiadra róż jako znak zwycięstwa nad świątecznym karpiem.” Ażeśmy się nie mogli doczekać.

Anh Joseph Cao

Pora na bilans zamknięcia, bo już grudzień i niedługo koniec dekady. Mgła w Krakowie, zrodzona z czarnej ziemi czy burej wody Rudawy, taka sama jak wszędzie w Polsce; nie widać, czy ważne postaci, ruchliwe i wprawiające w ruch wydarzenia, ubrane są w  jedwabne peleryny, czy w zetlałe gałgany. Noc i mgła. Zbyt mglisto, zbyt bliski dystans.

Czemu więc mam się zamęczać w najkrótsze dni roku wypatrywaniem gałganków we mgle? Raczej popatrzę sobie na jaśniejsze od zachodzącego słońca niebo, na Zachód, jak najdalej, tam, gdzie trawa zawsze zielona. Daleko, jak najdalej stąd, na Amerykę za burą wodą, na kraj czerwonoskórych. Może dostrzegę tam coś żywotnego. A nie zetlałego. Nie szmatki i niespokojne oczy w masce, ale coś wzorcowego. Spokojnego i posągowego. Od pierwszego razu nie trzeba było aż tak daleko sięgać wzrokiem, bo zaliczam na poczet wzorcowej demokracji Zachodu pomnik, jaki USA wystawiło sobie samo w Europie. Clinton, ex prezydent, mąż urzędującej sekretarz stanu Hilary, odsłonił niedawno w stolicy Kosowa, w Prisztinie, swój wysoki na 3 metry pomnik. Uświęcił go swoją obecnością i uroczystą przemową, tchnął weń demokratycznego ducha, a wdzięczni za własne państwo Albańczycy szaleli ze szczęścia.

Być może to nie jest pierwszy pomnik Billa Clintona, saksofonisty i demokraty, a prawie na pewno nie ostatni. Prowincjonalne Bałkany mogły co prawda z oszczędności wystawić byłemu imperatorowi pomnik z odkręcaną głową? Gdy czas się trochę odmieni, przykręci się w potrzebie nową głowę – może Obamy? Któż zaprzeczy, że to dekadencja, takie ożywienie imperialnego rzymskiego obyczaju wystawiania pomników żyjącym władcom? I ta tendencja się przyjmuje w świecie wobec władców Ameryki, która od 200 lat była demokracją.  I ta tendencja się utrwala. Prezydent Obama już ma swój pomnik w postaci dziecięcia  –  w ekskluzywnym parku w Indonezji stoi na postumencie chłopię Obama i trzyma na dłoni motyla. Pomnik jest z brązu, więc motyl przeżył kontakt z dziecięciem Obamą – a nie tak dobrze się powiodło pewnej musze. W lecie przysiadła na rękawie prezydenta USA w czasie konferencji i ożywiony Barack zabił ją jednym pacnięciem. A potem wskazał czubkiem buta – tu na dywanie leży trup muchy, sfilmujcie go, kamerzyści. Takim bojowym duchem wobec much odznaczają się koty; one po prostu nie mogą się pohamować, aby muchy nie zabić. Inaczej zwykle bywało z prezydentami, którym nie wypadało publicznie zabijać. Ten nowoczesny prezydent – zabójca much dostał wczoraj pokojową nagrodę Nobla, a dziękując wygłosił mowę w obronie wojny – pokoju trzeba bronić aktywnie, wojną. Taki baron von Ungern-Sternberg zabijał jawnie i okrutnie, była wojna domowa i uważał, że dobrze będzie Żydom i komunistom umrzeć z jego ręki, bo przyszłe odrodzenie będą mieli lepsze. Trudno powiedzieć, co myślał Obama o belzebubiej musze, która skaziła jego nieskazitelną marynarkę; i co teraz myśli o tysiącach Afgańczyków i amerykańskich żołnierzy, i innych żołnierzy, jakich tysiącami wyprawi na śmierć. To też być może tylko odruch, jak u mojego kota Felixa.

Pomnik dziecięcia Obamy, ze swoją psyche w postaci motyla, uspokaja nas więc, bo metalowa rączka nie pacnie metalowego motylka i chłopak nie zostanie bez duszy. Jak zombie? Ach nie, przecież prezydent-wzorzec ma zawsze obok, trzymaną za rękę, swoją duszkę, swoją lepszą większą połowę, Michelle.  Francuskie katolickie imię prezydentowej Obamowej doprowadziło mnie prostą ścieżką – na morzu wszystkie drogi są proste – do Nowego Orleanu. Dla mnie Orlean jest cenny i bliski, bo pracujący na tamtejszym uniwersytecie Lanoue stworzył świetną stronę internetową z haiku Issy Kobayashiego. Ale wszyscy turyści kochają to miasto, jest tak fotogeniczne;  malutkie kolorowe domki, Bourbon Street, St. Anne Street, i pałace, i katedra… jest ślicznym miastem ten Nowy Orlean, o świcie, o zachodzie słońca. I zniszczył go huragan Katrina, potem wielka powódź, wymarł i zubożał – odrzucony, źle potraktowany i zlekceważony przez własny rząd.. i tam właśnie czynnie działa na rzecz biedaków amerykańskich, tubylców i przychodźców, ktoś niezwykły.

Katolik po nowicjacie u jezuitów, uformowany przez medytacje ignacjańskie, które, nikt nie zaprzeczy, dają męstwo i siłę. Ma żonę i 2 córki, jedna nosi imię Sophie.  Filozof, lekarz i prawnik, zaangażowany w sprawy miejscowego kościoła katolickiego; stracił cały dorobek życia w powodzi. I jest Wietnamczykiem z urodzenia, ale właśnie nie buddystą. Deputowany do Kongresu USA z Nowego Orleanu. To ten jeden jedyny republikanin, który zagłosował na rzecz ubezpieczenia zdrowotnego i opieki medycznej dla 47 milionów wydziedziczonych Amerykanów.  Jeden jedyny tak odważny. 39 demokratów odwróciło się w głosowaniu od własnej partii. On był jeden. Jeden jedyny sprawiedliwy. Nazywa się Anh Joseph Cao. Cao, syn oficera z Południowego Wietnamu, jako ośmiolatek przyjechał ex Oriente do USA, nauczył się angielskiego, zdobył wykształcenie i sensownie działa na rzecz podtrzymania życia obywateli swej nowej ojczyzny.

Jest naprawdę kimś najlepszym, kogo można spotkać w USA, ale urodził się w Ho Chi Minh. Bo w USA najlepsze jest to, że nowy może stać się swoim.

I któż ośmieli się tu mówić o dekadencji?

issa w roku 1811, roku kozła

naka-naka ni hito to umarete aki no kure

czyli

quite remarkable
being born human…
autumn dusk

najstarsza w Europie świątynia buddyjska – St. Petersburg

http://marhotin.ru/picture.php?dir=1&file=50%20mudras.jpg&lang=rus&titlefile=titles-rus.txt&titleid=49

Zawsze na posterunku

Toujours en vedette, mówią listopadowe drzewa. Zawsze na posterunku! Mężniejsze niż Alter Fritz, który przegrywał i tracił, ale przecież nie każdego roku. Liście opadły, korzenie wpijają się w ziemię, konary wyciągają do góry. Czysta konstrukcja, szkielet obnażony; my ludzie nosimy go głęboko pod skórą, powleczony mięśniami, i nie bardzo jesteśmy świadomi jego prostoty i składnego piękna, ale w listopadzie coś nam zwykle świta, jak to z nami jest. Że jesteśmy nietrwali, ale zmyślnie sporządzeni. Istoty z pierwiastków chemicznych, ale żyjące. W środku mamy suche kości i iskrę życia.

Wytrwałe drzewa w naszym klimacie stoją sobie bez liści kilka miesięcy, a na wiosnę jednak wiedzą, jak się zachować. W łagodne zimy biała róża, którą hoduję na balkonie, nie traci liści, a nawet teraz rozwinęła dwa kwiatki, bo listopad łaskawy. Przybyła tutaj z cieplejszych stron i jeszcze to pamięta; trwa toujours en vedette w inny sposób, bez obnażania szkieletu, kwitnąc. Ale dąb wolności, bardziej tutejszy, liście stracił.

Gdyby się zabrać za listopadowy bilans otwarcia, to z punktu widzenia piękna, wspaniałości i dobra wspólnego –  w Krakowie kompletna katastrofa. „Damę z gronostajem” Leonarda da Vinci fundacja Czartoryskich zmusiła do wędrówek za chlebem po świecie; Dama, chluba Krakowa, pewnie już tu nie wróci. Fundacja powiada, że za wysoką kulturę, piękno i wspaniałość wystarczą krakowianom precle, ot, takie pszenne pieczywo. I bezmózga ścięta głowa pod ratuszem na Rynku, ta od Mitoraja. Rozbawione dzieciaki lubią do niej wchodzić, kochane malutkie robaczki.

Suche obnażone kości wyrachowania, iskra życia, alias istota fundacji Czartoryskich – to Geld. Kraków nie jest dobry dla swoich władczyń; Wanda, co nie chciała bogatego Niemca, skoczyła do Wisły, a teraz wiecznie młodą Damę z gronostajem  zmuszono do pracy na saksach; deska, na jakiej ją wymalowano, paczy się i pęka, osypują się drobinki farby, bledną kolory.

Blitz und Kreuzsakrament, mówił Stary Fryc.