Miesiąc i jeden dzień

Głowę Piotrowi Stańczakowi ścięli 7 lutego. 6 lutego premier Tusk powiedział publicznie, że nie ma mowy o płaceniu okupu porywaczom, to w grę nie wchodzi. 7 lutego w Pakistanie ścięli głowę geologowi Piotrowi Stańczakowi. Potem do polskich władz dotarł film z ostatnim pożegnaniem Polaka i z aktem zabójstwa. Potem media zaczęły nawoływać, by ze względu na uczucia rodziny zamordowanego zamilknąć nad jego trumną. Potem w lutym Talibowie wypuścili na wolność więzionego inżyniera, Chińczyka. Potem uwolnili porwanego Amerykanina, za jego głowę dano 1000 uwięzionych Talibów. Podobno pod koniec negocjacji za Piotra Stańczaka Talibowie żądali uwolnienia 4 uwięzionych współbraci. Dziś minął miesiąc i dzień od mordu na Piotrze Stańczaku. Cisza w mediach jest tak głęboka i dostojna, jaka panowała podczas jego niewoli, od września zeszłego roku do lutego, do 7 lutego 2009.

Ta sprawa wykracza poza zwykły w polityce rachunek strat i zysków; premierowi Tuskowi opłaciłoby się zapłacić za wolność uwięzionego Polaka górę złota. To kwestia imponderabiliów; jesteśmywspólnotą i musimy tę wspólnotę podtrzymywać i chronić, chroniąc każdego obywatela. Jest honor wspólnoty, honor narodu, honor drużyny. Honor istnieje i wiąże się z morale.

Ta stara opowieść o wiązce patyków, którą można złamać tylko łamiąc patyki po jednym, kolejno, dotyczy, jak myślę, i naszej polskiej wspólnoty, i wspólnoty krajów Układu Warszawskiego. Będzie nas łamał Pluton, pan kryzysu. Razem byłoby nam łatwiej, a gdy będziemy podzieleni, łatwiej będzie jemu.

Dzielne Węgry, mam niemiłe odczucie, że was zdradziliśmy.

Mistrz Pusty Obłok: W poszukiwaniu Dharmy

Szukając  Dharmy zwędrowałeś dalekie drogi,

Całymi dniami przepisywałeś,przepisywałeś archiwa.

Powaga T’ang i głębia Sung to wielki ciężar.

Patrz, zebrałem dla ciebie trochę polnych kwiatów,

Znaczą to samo,

A dużo łatwiej je nieść.

Polska sobótka 2009

Dziś środa 24 czerwca, można by rozpalić sobótkowe ognisko, ale te chmury…  Za kobiece rytuały niech wystarczy rytualik z soboty 20 czerwca, czyli szabatu, mówiąc językiem ducha, albo subotnika, mówiąc językiem młodzieńczych wspomnień niektórych dam, które powiedziały sobie:  Zestrzelmy myśli  w jedno ognisko, i w jedno ognisko duchy!, i tak uczyniły. 3 000 Polek zamknęło się na dwa dni w luksusowym getcie Sali Kongresowej i, programowo odciąwszy się od mężów, przepraszam, mężczyzn, pracowało nad przyszłością Polski. W niedzielę Kongres polskich pań Bochniarz, Kwaśniewskiej, Środy, szczęśliwych żon panów Bochniarza, Kwaśniewskiego i Środy, ruszył po władzę. Wydawało mi się, że szans nie mają wielkich, póki nie znalazłam w Internecie informacji, że Kongres zorganizowała i należy do jego rady programowej wielka amerykańska (niech żyje rodzaj żeński!) firma public relation, Hill & Knowlton. Uspokoiłam się od razu – nasze damy na pewno zdobędą ten parytet 50% , a może i wyciągną 51%. Hill & Knowlton to naprawdę świetni fachowcy, którzy potrafią zdziałać cuda, gdy są odpowiednio zmotywowani. Opłaceni przez Kuwejt, potrafili pchnąć USA do wojny w zatoce, okłamując Komisję Kongresu Amerykańskiego i urządzając performance teatralny z córką ambasadora Kuwejtu w roli pielęgniarki. Niewinna młodziutka Nayirah publicznie kłamała, zeznając, jakoby była naocznym świadkiem, gdy iraccy żołnierze zabijali setki kuwejckich niemowląt. Wstrząśnięci członkowie Senatu zagłosowali za interwencją w barbarzyńskim Iraku, prezydent Bush nie raz, wzburzony, przytaczał w swych wystąpieniach świadectwo kłamliwego dziewczęcia. To, jak widać, zgoła sabatowy, a nie sobótkowy temat. Teraz tylko trzeba ustalić, kto, ile i komu zapłacił za organizację sobótkowego Kongresu Kobiet, i wszystko będzie jasne – jak to przy migotliwym świetle ogniska. Damy chyba pragną władzy, a ich mężowie może jeszcze czegoś.

Mistrz Hsu Yun (zwany także Xu Yun, czyli Pusty Obłok): Dokuczliwy deszcz

Dokuczliwy deszcz przemoczył drewno na opał,

Noc jest zimna i nawet płomień lampy znieruchomiał.

Chmury gęstnieją, woda zalewa naszą chatkę z kamienia,

Złamane gałęzie zagradzają drogę do bambusowej furtki.

Woda huczy w łożysku potoku,

Tylko to słyszymy. Bardzo rzadko dobiega ludzki głos…

Lecz jak bezcenny napełnia nas spokój,

Gdy siedzimy medytując, ubrani w pożyczone szaty.

1440 i jeszcze więcej

60 sekund filmu, uchwytującego ruch, za 1440 unieruchamiających fotografii. Miło jest robić zdjęcia i oglądać je po raz pierwszy, tak jak przyjemnie jest urodzić dziecko i oglądać jego dorosłą postać; dorosłe dziecko znajdzie swój sposób istnienia, ale co zrobić z dojrzałym na fotografii tu i teraz? Wrzucić w picasa, zgubić na dysku? Najlepsze zdjęcia zapamiętam – bławatki, iskrzące się nie gorzej niż orchidea, ptak wysoko nad tęczą, nocne światła, złamana gałąź lipy, buk w deszczu. Jeszcze inne rzeczy. I tęcze. Dwa razy w maju sfotografowałam tęczę nad Krakowem; raz ostre światło zachodnie, podwójna tęcza bardzo wyraźna, za drugim razem niebo różowe, ale nie apokaliptycznie, tylko kwietnie. W całym Krakowie jest zapewne kilkaset, kilka tysięcy fotografii tych majowych tęcz – i cóż z tego wynika? Wszyscy razem w jednej chwili coś zrobiliśmy – zrobiliśmy to samo. Ale czy coś z tego wynika?

W roku 1822, dawno, albo i nie tak dawno temu, Joseph-Nicéphore Niepce, bogaty ekscentryk o subtelnej twarzy estety, znawca alchemicznych traktatów, wynalazca prototypu silnika z wtryskiem paliwa i prototypu roweru, ustawił w swoim ogrodzie stolik, położył obrus, talerze i sztućce dla jednej osoby, kieliszek, chleb, butelkę wina, i jako pierwszy na świecie po raz pierwszy dokonał sztuki malowania światłem przy pomocy camera obscura. Wykonał heliograwiurę. Roland Barthes w Świetle obrazu twierdzi, że to właśnie jest pierwsza udana i zachowana fotografia, inni sądzą, iż pierwsze było zdjęcie z okna wiejskiej rezydencji Niepce’a w Le Gras: ściany, podwórze, ziemia, niebo, drzewo. Naświetlane cały dzień! Ileż tęcz mogło się rozłożyć nad Chalons sur Marne, a żadne nie została sfotografowana.

W roku 1822 Mickiewicz wydał Ballady i romanse, a mnich Issa Kobayashi napisał haiku:

first rainbow

new leaves in their glory!

Shinano mountains

Entuzjastyczny badacz natury Niepce był równolatkiem poety Issy. Heliograwiura podworca Niepce’a nie jest wierna naturze: długi czas naświetlania sprawił, że mury oświetlone są jednocześnie światłem wschodzącego i zachodzącego słońca. Tak samo niewierny rzeczywistości jest pierwszy dagerotyp zatłoczonych paryskich bulwarów: fotografowane w środku ruchliwego dnia, są one kompletnie puste, przechodnie i powozy znikli, bo poruszali się zbyt szybko. Światło uchwyciło i zapisało tylko jedną postać, jegomościa, który zagadał się przy czyszczeniu butów.

O nauko. Czy może trzeba wzywać inną muzę?

Zdjęcia i lustra

Początek lata, kwitną lipy. Bardzo lubię ten zapach, dzięki niemu miasto na początku lata jest znośne, więcej niż znośne. Niedługo minie połowa roku, dzień zacznie się skracać. No i rozwój się dopełni. Zresztą już dziś na deszczu kasztanowce ronią małe kolczaste owoce.

W sobotę pożyczyłam aparat fotograficzny córki i poszłam pod zielonym parasolem, bo padało, na Planty pod Wawelem. Czuło się nastrój święta, wieczorem miał być koncert, fajerwerki o północy, na razie rodziny, pary, grupy przyjaciół szły nad Wisłę, choć deszcz padał; jednak chcieli być razem i w dobrym nastroju dzięki tej wspólnocie. Zrobiłam zdjęcia złamanego przez wiatr konaru lipy z mnóstwem kwiatków, czyli wykonałam protezę dla swej pamięci, uśmiercając już martwą gałąź, zrobiłam zdjęcia śladów kropel wody na kałużach, na odbiciu liści i nieba, ale to wszystko po drodze, bo ja szłam w stronę wielkiego buku.

Ludzie wędrowali pod Wawel, fotografowali się nawzajem, przede mną co chwilę przystawała jakaś wyniosła i rozległa postać; okazało się, że to Angielka, fotografowała drzewa, jakie to piękne, powiedziała, wskazując na drzewa, gdy zobaczyła, że robię to, co ona. Zrobiłam zdjęcia wielkiemu purpurowemu bukowi na Plantach, który srebrnie błyszczał w deszczu. Właściwie dwóm bukom; wielkiemu i małemu obok. Ale niesamowicie piękny jest ten stary buk, ta wielka, wielka matka.

Miałam odczucie: „a więc wreszcie teraz”, wyrosłe na nie tyle „deja vu”, nie na „es war einmal”, ale na „tak już było”. … to już kiedyś raz było, kiedyś było podobnie, ale nie tak.

No bo było. Czwartego czerwca byłam w tych okolicach i usłyszałam, że bije dzwon Zygmunta. Grupa Wyszehradzka na Wawelu, ach tak… było po deszczu, Planty zupełnie puste, poza wozami policyjnymi i bezdomnym, śpiącym na ławce. Nie było turystów. Szłam z parasolem, zwiniętym, bo deszcz przestał padać, w stronę Wawelu, choć widać było na końcu alei zaporę metalowych barier i czarne sylwetki policji. Minęłam wielki buk, który srebrzył się po deszczu, i jego mniejszą córeczkę, też srebrzystą. Tak, 4 czerwca pod bukiem zmartwiłam się, że nie mam aparatu, nie zrobię drzewu zdjęcia i zapomnę o nim, nie zapamiętam, jakie jest błyszczące. Ale nie miałam ze sobą aparatu fotograficznego, bo oddałam go córce na dzień dziecka.Tak wygląda związek przyczynowo-skutkowy – oddajesz aparat właścicielce, a potem nie możesz zrobić zdjęcia najpiękniejszemu drzewu w Krakowie. Musisz je po prostu zapamiętać.

Zgryziona, podeszłam do barier sprawdzić, czyby się nie dało przejść, ale mi zabronili, poszłam dalej; nie było turystów i ich autobusów, pusto, wokół Wawelu na uliczkach wszędzie barierki, dwóch, trzech policjantów, i przejść nie wolno, więc gdy w końcu okazało się, że jedną szczeliną między barierami można wyjść na bulwar nad Wisłą, cóż było robić, przeszłam, i oczywiście wszędzie bariery, pusto jak na pierwszym dagerotypie bulwaru paryskiego z roku 1839, pojedynczy policjanci tkwili na wykoszonych trawnikach, i gdy okrążając zamek doszłam do Idola ze Zbrucza, gdzie system barier był rozbudowany i bardzo złożony, nie zdziwiłam się wcale, gdy w ulicy naprzeciwko zobaczyłam światła kolumny samochodów. Dzwon Zygmunta bił niezwykle poważnie i uroczyście, wozy policyjne, białe mikrobusy z przyciemnionymi szybami wjeżdżały powoli na ogrodzoną barierami górę wawelską, dzwon dostojnie rozbrzmiewał z wieży. Postałam chwilkę, ale nikt nie rozrzucał cukierków ani srebrnych monet, było pusto, widzów nie było, poszłam w swoją stronę, zastanawiając się, skąd wziął się siwawy Hiszpan z parasolem, stara dama w brązowym kapeluszu i lodenowym płaszczu, na pelerynce miała wyhaftowany kwiat lotosu, choć może była to szarotka.  Warto byłoby zrobić im zdjęcia, staliśmy na Grodzkiej, a oni byli tak bardzo w typie praskiej Złotej Uliczki alias Uliczki Alchemików, mogli też przyjść prosto z Uliczki Pokątnej.

Poszłam swoją drogą, ale niepokojący, zamaskowany czarnymi szybami mikrobus kilka razy mi się w czerwcu przypominał, by znaleźć niedawno swe przeciwieństwo w zdjęciach uśmiechniętej królowej Elżbiety w pawio-błękitnym kapeluszu, jadącej w święto swoich urodzin otwartym powozem, pozdrawiającej tysiące poddanych na trasie uroczystego przejazdu; a rozwinięcie w tekście na początku książki Draaismy Machina metafor. Historia pamięci. Draaisma opisuje tytułową machinę metafor, XVII-wieczny wynalazek jezuity Kirchera; w zaciemnionym pokoju ustawiono kombinację lustra, bębna z malowidłami zwierzęcych głów i wysoko umieszczonego okienka ze smugą światła, zmyślnie skierowaną na bęben, co sprawiało, że człowiek stojący przed lustrem widział w nim odbicie swojego ciała z głową zwierzęcia, która się zmieniała, gdy obracano bębnem. Athanasius Kircher pisał: „Sam mam taką machinę, która wprowadza wszystkich w wielki zachwyt, gdy patrząc w zwierciadło zamiast swej zwykłej twarzy widzą oblicze wilka, potem znów psa lub jakiegoś innego zwierzęcia”. O nauko.


Hölderlin: Andenken, Wspomnienie

Wspomnienie

Der Nordost wehet,

Der liebste unter den Winden

Mir …

Wieje północnowschodni

Wiatr, mój ukochany

Wiatr, co zwiastuje żeglarzom

Dobrą podróż i rozpłomienia dusze.

Idź, wietrze, i pozdrów

Piękną Garonnę

I ogrody Bordeaux,

Gdzie urwistym brzegiem

Wiedzie ścieżka, i w głębi rzeki

Znika strumień, nad nim spogląda

Szlachetna para,

Dąb i srebrna topola;

Jeszcze dobrze to pamiętam, a też

Szerokie szczyty wiązów

Schylone nad młynem,

I drzewo figowe w podworcu.

An Feiertagen gehn

Die braunen Frauen daselbst

Auf seidnen Boden,

Zur Märzenzeit,

Wenn gleich ist Nacht und Tag…

W dzień święta

Smagłe kobiety idą

Po jedwabnej ziemi,

W czas marca,

Gdy równa się noc z dniem

I nad powolnymi ścieżkami

Ciężkie od złotych snów

Ciągną senne wiatry.

Jednak podano mi

Pełen ciemnego światła

Wonny kielich,

Abym spoczął; bo

Słodki byłby sen między cieniami.

Jednak niedobrze jest

Pozbawić duszę

Myśli o sprawach śmiertelników. Bo przecież

Dobrze jest rozmawiać, wyrazić

Tajniki serca, długo słuchać opowieści

O dniach miłości,

O czynach dokonanych.

Gdzież jednak są przyjaciele? Bellarmin

I jego towarzysze? Niektórzy

Wstydzą się źródła;

A przecież bogactwo

Poczyna się w morzu. Oni,

Jak malarze, zebrali całe

Piękno ziemi, nie lękając się

Skrzydlatej wojny i

Samotnego pobytu, jak rok długi,

Pod gołym masztem, gdzie nie rozjaśni nocy

Święto miasta,

Ni śpiew strun ani wspólny taniec.

Bo do ludu Indii

Udali się mężczyźni,

Z wietrznego szczytu

Wzgórz, porosłych winoroślą, skąd

spływa Dordogna

I łącząc się ze wspaniałą

Garonną tworzy

szerszą niż morze rzekę. Odbiera

I przywraca pamięć morze,

A miłość także pilnie więzi nasze oczy,

To, co pozostaje, ustanawiają poeci.

(przetłumaczyła Agna Onysymow)

8 dzień 4 miesiąca 1808 roku

a wisteria trellis
joins the fray…
Buddha’s birthday flowers

This haiku has the prescript, “Kayaba’s Buddha of Healing.” Kayaba was a town in the Nihonbashi section of Edo, today’s Tokyo; Issa zenshû (Nagano: Shinano Mainichi Shimbunsha, 1976-79) 2.436, note 1.

Gabi Greve explains that hanamidô (”blossom temple hall”) is a miniature hall set up at Buddhist temples and decorated with colorful flowers on Gautauma Buddha’s birthday, celebrated on the Eighth Day of Fourth Month. Small statues of the child Buddha are also decorated with flowers, and hydrangea tea is poured over the statue by visitors.

issa, 1822

sunset–
an assembly of kites
in the sky over the town
(czyli mniej więcej:)
zachód słońca –
wspólnota latawców
nad miastem na niebie

Maj na fotografii

„My trochę oszukaliśmy społeczeństwo” – wyznał filuternie 13 maja w radiu TOK-FM Krzysztof Kozłowski, luminarz inteligencji katolickiej, ex minister i redaktor Tygodnika Powszechnego. „We wrześniu 90 roku na posiedzeniu rządu Mazowieckiego mówiliśmy sobie, że powinni nas powiesić po tym, co im zaaplikowaliśmy – kapitalizm zamiast socjalizmu… Zafundowaliśmy społeczeństwu kapitalizm… Jest trochę bałaganu, ale nie ma trzeciej drogi. Balcerowicz zasługuje na duży pomnik…”. Uszczęśliwiona z zasadzki, z zaskoczenia – surprise! Überraschung!!! surprise! – uszczęśliwiona na siłę przed 20 laty przez połączone siły triumwiratu inteligencji katolickiej, opozycji, alias elementu zwanego antysocjalistycznym, a w istocie prokapitalistycznego, i frakcji prokapitalistycznej PZPR, przez triumwirat, który wiedział, czego chce – odrodzenia kapitalizmu, czyli kontrrewolucji, czyli restauracji – cóż mogłam robić w maju w Krakowie, zainspirowana 12 wesołymi czerwonymi sztandarami, powiewającymi na Rynku? Odcień czerwieni nie jest krwawy, posłanie jednoznaczne – maj miesiącem fotografii. Pożyczyłam od córki aparat fotograficzny i chodziłam po Krakowie fotografując, czyli utrwalając i uśmiercając to, co jest tu i teraz, na wypadek, gdyby, powiedzmy, trzeba było udowodnić komuś na innym kontynencie, że wprawdzie mlecze na Plantach już przekwitły, ale akacje wchodzą w pełnię rozkwitu; a wiosna jest w tym roku bardzo szybka i ciepła, bogata i hojna. Drzewa na Plantach, perspektywy krzywych małych uliczek, obiecujące jakieś wyjście, chmury, ptaki pod chmurami, ptaki na znakach drogowych, sieć tramwajowych kabli, Wawel, bo czemu by nie, wszystko dokładnie obfotografowałam. Jeśli nawet robienie zdjęć było interesujące, to ich oglądanie niekoniecznie, choć oczywiście cieszy radość unieruchomienia pozytywnej emocji: kot Felo śpiący na grzbiecie pod drzwiami do pokoju Hersylki, ogon Hersylki, bo bardzo szybko biegła pod fotel, który drapie co rano na dzień dobry, Hersylia nad kodeksem postępowania cywilnego, ja pod Drzewem Wolności, mój mąż pod Idolem ze Zbrucza. Dokumentacja etapów rozwoju liści i kwiatów wielkich drzew na Plantach; mlecze; chmury; zmierzch, wieczorne światła to sama radość, ale zdjęcia ulic i ich uszczęśliwiających perspektyw ujawniły przykrą prawdę, iż wiele budowli w centrum Krakowa trwa od lat kilkudziesięciu w skrajnym lub połowicznym zaniedbaniu. Sporo hoteli, restauracji i banków przesadnie wymuskano, bo zbyt nowe pieniądze nie mają wdzięku, a tuż obok straszą szlachetne międzywojenne kamienice, obłupane doszczętnie z tynku, nad chodnikami i jezdniami nędznymi jak dworzec kolejowy w Falenicy; infrastruktura kraju najwidoczniej opada na jakieś wspólne dno ruchem jednostajnie przyspieszonym. Jednak szlachetnie odnowiony stary Wawel zawsze jest na zdjęciach efektowny, zawsze w porę pojawi się na niebie różowa chmura czy ślad odrzutowca albo smuga światła. A od ulicy Grodzkiej pod Wawelem obok kopulastego kasztana stoi smukły Idol, wyłowiony z rzeki Zbrucz w roku Wiosny Ludów, nazywany Światowidem. Przedstawia cztery postaci – dwie boginie i dwóch bogów – pod wspólnym kapeluszem w kształcie głowy cukru na poziomie najwyższym, poniżej dotykają się końcami palców wielkogłowe postaci, może w tanecznym korowodzie, na samym dole kolumny męskie postaci z rękami wzniesionymi do góry podtrzymują poziomy wyższe, jak Atlas Ziemię. Najwyżej pod jednym kapeluszem stoją bogini z przęślikiem od kądzieli, bogini z rogiem miodu, bóg z koniem i szablą, bóg z pustymi rękami, i wszyscy mają tak samo ułożone ręce, prawą na sercu, lewą na pępku, zapewne w słowiańskiej pozycji do medytacji. Te ręce są bardzo cienkie, podobne do rąk idoli z wykopalisk w Göbekli Tepe w Turcji, najstarszego znanego ludzkiego miasta sprzed 11 tysięcy lat. Na wielkich kamiennych filarach wyrzeźbiono tam bardzo długie i cienkie ludzkie ramiona, zgięte w łokciu, symbolizujące obecność bogów czy przodków. Te ludzkie kończyny tworzą inną przestrzeń; na jednym filarze takie ramię trwa w przestrzeni obok dzikiego lisa, chroniąc go czy akceptując – cokolwiek znaczy takie zajmowanie wspólnej przestrzeni. Sporo jest na kolumnach wyobrażeń dzikich zwierząt, ptaków i owadów, wolnych i żywych. Pierwszy odkrył to miejsce na początku lat 90. XX w. miejscowy pasterz; przysiadł pod świętą morwą i przyglądając się okolicy, zauważył wystające z traw regularne zarysy wielkich płaskich kamieni. I od roku 1994 archeolodzy wydobywają spod ziemi najstarsze i najdziwniejsze miasto naszego świata. Nasz Idol ze Zbrucza był pomalowany na czerwono, zachowały się resztki farby. Stoi sobie teraz pod kasztanem, a nad nimi wznosi się zamek. A pod samym dachem zamku wawelskiego, na górze, w loggii podtrzymywanej czterema kolumnami, zwróconej na wschód, można by sobie wyobrazić przodków: mogliby tam zasiąść Kościuszko i królowa Bona, zamordowany prezydent Gabriel Narutowicz i poetka Jasnorzewska-Pawlikowska, i malarka Boznańska, i Daszyński. Patrzą na swoją krainę i widzą, jak uszczęśliwiono ich lud, nadając mu na siłę i podstępem hierarchię, tworząc dwie kasty: kastę władców, górne 10 tysięcy kapitalistów, których boli głowa od kłopotów z władzą i pieniędzmi, i kastę 38 milionów obywateli nie-kapitalistów, czyli pariasów bez żadnego znaczenia, ach, raczej bez żadnej wartości. Hierarchia anno 2009 w Polsce wygląda na prostą: o zajmowanym miejscu decyduje ilość posiadanych pieniędzy. Tego chciał rządzący od roku 1989 triumwirat, złożony w zmiennych proporcjach, ale nieodmiennie, z opozycji alias elementu antysocjalistycznego, a w istocie elementu prokapitalistycznego, z inteligencji katolickiej i frakcji prokapitalistycznej PZPR. I 4 czerwca 1989 ruszył korowód, parada macherów dwudziestolecia, każdy ze swoim atrybutem: Mazowiecki ze zniszczeniem elektrowni jądrowej w Żarnowcu, Michnik z Gazetą, Balcerowicz z popiwkiem, Kuroń z zasiłkiem dla bezrobotnych, Blida z eksmisją na bruk, Wałęsa z pierwszym milionem złotych, Geremek z konkordatem, Zoll z konstytucyjnością zakazu aborcji, Buzek z 4 reformami, Krzaklewski z PZU, Miller z CIA, Kwaśniewski z wojną w Iraku, premier Kaczyński z Marcinkiewiczem, prezydent Kaczyński z Saakaszwilim, Tusk z tarczą. Ja brałam udział w wyborach 89; głosowałam na listę Solidarności, oczekując zmian, które miałyby się zacząć od swobody czytania, myślenia i wyrażania opinii; żeby można czytać wszystkie książki, a tym samym – aby wróciła do kraju prawdziwa hierarchia. Bo niby czemu w PRL Kwaśniewski, członek PZPR, mógł jako zaufany aparatczyk do woli czytać Kulturę Paryską i absorbować idee Gieroycia, a potem nawet przyznawać się do inspiracji, a mnie tego wzbraniano? Miałam w roku 1989 nadzieję, że Polska zacznie obiema rękami czerpać z krynicy rozwoju naukowego i technicznego Zachodu; rozkwitną stare, powstaną nowe ośrodki naukowo-techniczne i instytuty badawcze, będziemy mieć ze 4 elektrownie jądrowe, ze 3 sztuczne satelity, może we współpracy stację kosmiczną, szybką kolej, autostrady bezpłatne i lepsze niż w Belgii, bezpłatną komunikację miejską, masowe spółdzielcze budownictwo domków jednorodzinnych, żeby każdy, kto chce, miał mały, piękny jak w Giszowcu, domek z ogródkiem. Miałam nadzieję, że w okolicach Karkonoszy wybudujemy sobie mały polski Tevatron, będziemy mieć ze 3 polskich, mieszkających w Polsce laureatów nagrody Nobla z fizyki, a może aż 4 z chemii. Kraków… chciałam, by polskie miasta błyszczały nowym pieniądzem jak Frankfurt, a stare enklawy były tak czcigodne i szanowne jak Fryburg Bryzgowijski, z wieżą katedralną, uniwersytetem i kanalikami czystej wody, przeprowadzonymi przez czyściutkie uliczki staromiejskich dzielnic. A może nawet w Jędrzejowie wybudowalibyśmy sobie takie potoczki, jak we Freiburg im Breisgau, bo czegoż nie zdołają dokonać ludzie wolni? Nie liczyłam na natychmiastowe pojawienie się polskiego filozofa klasy Heigdeggera; ale miałam nadzieję, że przynajmniej zacznie się doceniać Heideggera niemieckiego, bo utworzy się prawdziwa hierarchia intelektualna. I literacka… i artystyczna. Choć oczywiście taka hierarchia to rzecz bolesna, tu nie ma pobożnych życzeń; w świecie prawdziwych wartości bóg Thot z głową ibisa może położyć na jednej szali 15 wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a na drugiej 15 najgrubszych, wydanych przez Znak, dzieł polskich teologów albo 15 roczników Tygodnika Powszechnego, i co pofrunie do góry jak lekkie piórko, zniszczeje jako makulatura w boskim kotle na celulozę. Groza, groza! Czego chciałam w roku 1989? Prawdziwa hierarchia to hierarchia ludzkiego rozumu, inteligencji i jeszcze czegoś; uderzająco jasno ukazał ją en passant Roland Barthes w książce Światło obrazu. Uwagi o fotografii. Otóż stwierdził, że portret fotograficzny powinien zapewnić osobie fotografowanej to, co dawał niegdyś portret pędzla dobrego artysty: szlachetny wygląd. Człowiek chce po prostu, według Barthesa, być „na poziomie”, być „obdarzony szlachetnym wyrazem twarzy, myślący, inteligentny”. Jego portret ma ujawniać „delikatną tkankę moralną”. Prawdziwa hierarchia istnieje najpierw w szlachetnym pragnieniu jednostki, w marzeniu jednostki o sobie samej. Ktoś pragnie być widziany jako człek myślący, inteligentny i etyczny. Kłamstwo niszczy, rozpuszcza szlachetność i moralność. Szlachetność wyklucza oszukiwanie społeczeństwa; zwłaszcza gdy chodzi o zmianę stosunków własności na niekorzyść całego społeczeństwa; i gdy na dodatek zwycięskie szwadrony kapitalizmu nie tają wstrętu do ubogich, pojmowanych jako pokonani. Pogarda wyższych 10 000 posiadaczy wobec oszukanych, głupszych, słabszych, uboższych jest u nas tej miary, co w kraju o ustroju niewolniczym, jak w Grecji starożytnej, ale bez jej poetów i filozofów, bez jej hierarchii. I co teraz robić, jak, z czego odbudować „delikatną tkankę” moralności? Czy może ma ona naturę drzewa, już kiełkuje i niebawem będzie widoczna? Czy trzeba ją wyzwolić z jakichś ograniczeń, wykopać spod ziemi? Jaki stan umysłu wyższych 10 tysięcy posiadaczy może im uzmysłowić znaczenie i potrzebę istnienia „delikatnej tkanki moralności”? W maju, przed 20 rocznicą wyborów parlamentarnych z 4 czerwca 1989 polska kasta rządząca stroszy piórka.

Majowe, świąteczne

W pierwszą sobotę maja skoro świt zaczęliśmy szykować w kuchni mojej Iwonki uroczyste śniadanie. Piekarz krajalnicą kroił cieniuśko wędliny, układał na półmiseczkach, kroił babkę drożdżową, do stołu ja musiałem nakryć, żeby obrusu nie poplamił, bo Piekarz na krajalnicy pociął sobie cztery palce, a piąty nożem do chleba. W zamian on dokończył mój sos tatarski, pokroił korniszonki, ja zrobiłem kawę z kardamonem, Wikary podgrzał kiełbasę i gotował owsiankę na mleku.

Tatuś mojej Iwonki zszedł z pięterka, uczesany na mokro, bardzo pachnący wodą kolońską, Wikary podał do stołu kiełbasę i owsiankę w wazie. Tatuś jadł bardzo szybko kiełbasę i nic się nie odzywał, zjadł szynki i baleronu, spróbował trochu owsianki, kilka kawałków babki, potem włożył okulary, wziął do ręki długopis, otworzył kalendarzyk i mówi: To, szanowni, zapisuję pod dzisiejszą datą: ” Drugi maja. Już 37 dzień bez naszej Iwonki. Uroczyste śniadanie, obecni Piekarz i Wikary, Maruś śpi, Gajowy nie jadł nic. Piekarz na wszystkich palcach lewej ręki ma plastry opatrunkowe. Wikary przypalił owsiankę.”

W komórce Wikarego zastukał los do wrót życia, czyli jak V symfonia, to sms od Iwonki, i rzeczywiście, Wikary przeczytał, zaśmiał się i mówi: Tak stuka los do wrót życia, Gardbua, Iwonka pyta się, czy zjedliście śniadanie? Zjem drugie, powiedziałem.

A co będzie dziś na obiad, zapytał Tatuś mojej Iwonki. Dzisiaj kuchnia kantońska, ja gotuję, rzekł Wikary. Brzuch mnie boli od tej owsianki, mówi Tatuś, dlatego ja od obiadu muszę podjąć dietę, poproszę rosół i pół kury. A teraz, szanowni, idziemy na podwórze, krótki przegląd sprzętu i wymarsz na miejsce przeznaczenia.

Przegląd ja zacząłem: zaprezentowałem wielkiego czarnego Lederga. Wszyscy chwalili wypukłe, przejrzyste miedziane oczka, jak żywe, ino Piekarz złośliwie sugerował, że ogon zbyt puszysty, przecież Lederg to nie pers. Szkoda było nawet coś odpowiedać, ale Tatuś pochwalił, że wąsiki bardzo opalizujące, to już zmilczałem ten ogon. Wu miał wielkie turkusowe chińskie I, bardzo go chwaliliśmy za subtelność, a Piekarz wielkie A, co nikt nie wiedział, o co chodzi, ale Piekarz wytłumaczył, że to jedyna głoska, co ją wszystkie mamy, że on chce wywyższyć ducha wspólnoty; i Piekarz, i Wikary, i Tatuś, i Gardbua, i Iwonka – wszystkie mamy w imieniu A.  Ale mu powiedzieliśmy, że niech nie liczy, że pozwolimy mu zbyt łatwo wygrać.

Potem Tatuś mojej Iwonki pokazał swój latawiec: Zadora, srebrna głowa lwa z pięcioma czerwonymi płomieniami. Tatuś zawsze robi taki latawiec, dlaczego, nikomu nie chce powiedzieć.

Przyszliśmy nad Lipniczankę, a tam już wszystkie z całej Lipnicy stali ze swoimi latawcami. Wiał lekki wiatr, Karme Sołtysowa trzy razy wystrzeliła z mauzera C96 i wszystkie nasze latawce wyleciały w górę. Długo by opowiedać o zawodach, wszystkie bardzo żałowały, że nie ma mojej Iwonki, która zawsze szybko wygrywała, jak jej nie było, to strasznie długo trwało, zanim wygrał Tatuś mojej Iwonki, co zwykle był drugi. Wracaliśmy powoli do domu, nad nami unosiły się tam i sam, tworząc zmienne napisy i obrazy, latawce, co je wszyscy lipniczanie uwolnili i wypuścili w powietrze, ino głowa srebrnego lwa, Zadora, uwiązana do pierwszomajowego, ozdobionego wieńcami słupa, trwale wznosiła się nad naszą Lipniczanką, Aleją Październikową i Lipnicą, ziejąc ogniem z paszczy.

Pamiętacie, chłopaki, mówił Tatuś mojej Iwonki, jak w zeszłym roku Iwonka zezłościła się, że jej latawiec za nisko, a Wikarego za wysoko, i linkę mu przecięła? Albo jak Piekarzowi dwa lata temu pokleiła ogon? Albo Aptekarzowi podpiłowała listewki?  A jak w zeszłym roku podstawiła Baronowi nogę? Chłopaki, pamiętacie? Pamiętaliśmy, i nie tylko to. A pamiętacie jej ulubioną piosenkę? Pamiętaliśmy i zaraz ją zaśpiewaliśmy, i nie tylko jeden raz.

Zaszedłem do moi pakamery po planszę do gry, Lederg stał w drzwiach i powiedział: argprychnnrr, to wziełem go do kuchni mojej Iwonki, zaczęliśmy szybką partyjkę Chińczyka, Wikary dokańczał obiad. Znowu los zapukał do drzwi, Iwonka każe, byście porządnie wyszczotkowali fotel z sierści Lederga, rzekł Wu.