Klemens i drozd

Poszedłem dziś w południe do Klemensa. Przy furtce rośnie stara robinia, która wolałaby, by nazywano ją akacją. Po trawniku skakał białobrązowy drozd. Dom Klemensa jest mały i niski, framugi okien są niebieskie, od wschodu stoi krępa wieża.Klemens poprowadził mnie na wieżę; tam na parterze są książki, na piętrze książki, na poddaszu książki, luneta i lornetki do obserwacji ptaków.

Rozmawialiśmy chwilę, a potem Klemens pokazał mi ogród: w starym sadzie drzewa nie wyglądały dobrze, a jabłoń nie miała wcale liści.

Jabłonka uschła na początku lata, mówił Klemens. To jest zły rok dla roślin i kwiatów. Nawet malwy nie chcą kwitnąć. Przeszliśmy się po ogrodzie aż do zakątka, gdzie koło czarnego bzu bije malutkie źródełko; tam Klemens hoduje w doniczce siewkę jabłoni. Na wiosnę, mówił, posadziłem pestkę z jabłka mojej jabłonki i pestka wykiełkowała. Tutaj więc mamy córkę. To córka tamtej, co uschła. Niedługo ją wyrąbiemy, korzenie wykopiemy i na jesieni posadzę nową jabłoń.
Prosto od Klemensa poszedłem nad nasze jeziorko, szedłem, szedłem i coś sobie śpiewałem. Drozd odprowadził mnie kawałek drogi.

Lipcowe planowanie

Kółko bezpiórych dwunogów przyszło w komplecie i punktualnie o 5 minut 15. Niby wszystko bez zmian, ino Wikary rzekł od drzwi, że przybywa incognito, żeby mówić do niego W. I jeszcze włosy miał splecione w mały warkoczyk, bo zapuszcza. Niektóre zeszczupleli, a inne się poprawili, a że Kuba zamontował w drzwiach wejściowych czujnik masy ciała, to od razu Elka, nasza Wielka Kulinarna Mistrzyni, powiedziała, że ogółem przyrost masy ciała naszego kółka przekracza 15 kg. I że do pierogów nie będzie żadnego masełka ani skwarków, ino chudy jogurt z koperkiem. Niektóre były trochę zasmucone i wytrącone  z równowagi, bo i innego jedzenia podała Elka do stołu o 20% mniej . Ale szardonej nie ograniczyła, ani innego picia.
Rzeźniczka zadzwoniła widelcem o kieliszek i mówi, że najpierw gospodarka. Nad podziw dobrze realizuje plan szkoła tańców Barona Rumianego; zapisy są już na rok 2012, a program nauczania poszerzony o kozacki taniec z szablami, na wyraźne zapotrzebowanie  turystów ze sfery dolarowej. Z tego bydziemy finansować aleję… i tu liberał Eugeniusz zaprotestował przeciwko samej zasadzie  postsocjalistycznego planowania.

Weźta se do głowy, pogrobowcy Daszyńskiego, mówił, że wasze socjalistyczne planowanie już dawno w grobie, i jak ono leży głęboko, tak wysoko rośnie wolny rynek. A jeśli na ten przykład my z Rzeźnikiem zechcemy kole rokiciny pobok alei lipowej, co ją planujeta, wybudować rzeźnię i garbarnię, a ścieki puścić do Lipniczanki, to kto nam zabroni? Jak mamy za sobą kapitał!

I tu podskoczył w górę, a zresztą my też podskoczyli wszystkie, bo cały nasz okrągły stół się zatrząsł, gdy Rzeźniczka walnęła weń pięścią, i nie raz.

Ja, wrzasnęła, ja wam zabronię, a to skroś ślubnej przysięgi Rzeźnika! Cóżeś mi ślubował, wierność i szacunek, i posłuszeństwo bez granic, to terozki dotrzymuj, ty! Ja nie chcę rzeźni kole aleji, i rzeźni tam nie bydzie, chceta to róbta rzeźnie w ogrodzie Eugeniusza! Tak ma być, jak ja chce, bo przy mnie siła i prawo!

Tak tak, malutka, tak tak, zawołał Rzeźnik, tak będzie, kwiatuszku, jak tylko sobie chcesz.

A zresztą, Eugeniuszu, marzycielsko dodał W., może i jest ziarno prawdy w tym planowaniu. Za cztery lata ma być koniec świata według Majów, on, W., już się tej Apokalipsy doczekać nie może. Tu etyk Lichotka wzburzony zaprotestował przeciwko zdradzieckiemu uwodzeniu elity intelektualno-duchowej Lipnicy przez tani pogański ezoteryzm, co zatruwa i niszczy prawdziwy religijny ezoteryzm lipnicki, a zwiedziony W. chce zaaplikować oba naraz, i że to obraza dla rozumu ludzkiego lipnickiego; a tu naraz Romanowa przyznaje się, że bada wahadełkiem każdą swoją porcję pizzy, czy nie za duża, i mimo to tyje, a jakby dopiero tyła bez wahadełka!
Pilimy, przepraszam, piliśmy szardonej, i dyskurs wyraźnie zaczął z alei schodzić na manowce. Jednak Rzeźniczka podjęła ponowną próbę: że będzie w Lipnicy aleja lipowa, to konieczność, żeby nasz Gardbua nie musiał praktykować na środku rynku. I ta alejka dobiegnie do Lipniczanki. I po bokach zrobi się klomby z rodzimych odmian róż, a po prawej wytniemy rokiciny i zrobimy ogród zabaw i bezpieczne kąpielisko dla dzieci. A po lewej będzie naturalne siedlisko nadbrzeżnych motyli. I co, tak się to skończy na Lipniczance, pyta W. Ja wam wytyczę nowe szlaki, ech, wy racjonaliści, pozbawieni wyobraźni! Przecież można przerzucić mostek przez Lipniczankę! Zróbmy mostek chiński czerwony, na środku z pawilonem do medytacji. A do marketingu projektu weźnie się Rąpucla i Wątrobiankę, którzy wrócą do nas po jesiennym zrównaniu dnia z nocą, tak zapewnia Baronowa Windołpurpył, co znowu zmieniła nazwisko. A za mostkiem posadzimy pod pagórkiem kilka sosen, mówi Karme Sołtysowa. Tak, pięknie pachną w słońcu, popiera ją natychmiast Aptekarzowa. Tak, ale nie tylko, mówiła Karme, bo wtedy może przyjedzie do nich Mistrz Czerwonej Sosny, jak wyrosną. Ten Mistrz Czerwonej Sosny z Zapisków historyka Sy-ma Ts’iena. A kiedy to będzie, za trzydzieści lat, westchnęła Cukierniczka, nie doczekamy. Dzieci doczekają, powiedziała Aptekarzowa.
A to za pagórkiem zróbmy boisko, zaproponował Roman. Zza sosen nie będzie dolatywał testosteron, tak mogłoby być, przytaknęła Aptekarzowa.
I nagle zrozumielimy, że trzeba  nam pilnie ino wizji lokalnej, to wzięło się tych kilka butelek, co zostały, i wszystkie pojechalimy busikiem W. nad Lipniczankę, choć był już środek letniej nocy. Zaczelimy tańce, w rokicinie coś piszczało, a W. puszczał najnowsze chińskie sztuczne ognie w kształcie smoków i smoczków.

Hildebrano w akcji

Agrafka

Zaszedłem wieczorem do kuchni mojej Iwonki po agrafkę. Na krześle Iwonki spała kotka z zielonymi oczami. Za oknem pociemniało, zaczęło kropić. Zaparzyłem sobie herbaty jaśminowej i siadłem na fotelu bujanym koło pieca. Ze strychu dobiegła salwa śmiechu. Kawałeczek tynku z sufitu wpadł mi do filiżanki. I jeszcze jedna salwa, i jeszcze jedna. Z kandelabra pod sufitem wypadła świeca, złota. Iwonka z koleżankami słuchały nauk kryształowej kuli po prababce barona Rumianego, Koniecpolskiej. Deszcz padał, herbata się już kończyła, ze schodów zaczęły zbiegać koleżanki Iwonki, potem szybko rozjechały się samochodami. Tylko jedna Aptekarzowa poszła w deszcz z parasolem.
Iwonka weszła do kuchni, kotka podbiegła na powitanie, a ja pytam: Czemu dziś tylko śmiechy były, zwykle jest na pół z płaczem?
To ja prowadziłam zebranie, powiedziała kwaśno moja Iwonka. Z kryształową kulą nakreśliłyśmy wstępnie plan pięcioletni dla naszej Lipnicy, zgodnie z wytycznymi z powiatu. Będą nasadzenia, masowe.
Bo uradziłyśmy dziś, że trzeba więcej niż jednej lipy w naszej Lipnicy. Posadzimy aleję lipową aż do rzeczki Lipniczanki.
I odkopiemy studnię u False-Ogrodnicków. Bo potrzeba dużo dobrej wody.
I przy głównej ulicy posadzi się jarzębiny, jak chciała Aptekarzowa.
I jeszcze kula kazała wam powiedzieć, Gardbua, że ten piąty motyl Sołtysowej to nie bielinek kapustnik, tylko niepylak mnemozyna.
To nie ma znaczenia, mówię, skoro nadal nie ma Krawcowej.
Pora na kolację, mówi Iwonka i dosypuje kotce chrupek. Nie myśleliście, że mógłby to być Krawiec?
Krawiec Klemens?
Tak właśnie. Klemens Krawiec.
Słońce przebiło się przez chmury i zaświeciło prosto w lustro kredensu.
To interesująca wiadomość, powiedziałem. Jeśli prawdziwa. Chyba pora na nadzwyczajne lipcowe zebranie kółka bezpiórych dwunogów. Czy jest tu gdzieś jakaś agrafka?

Czas stał w miejscu

Koło piątej podjechał samochód Sołtysa, wysiadła z niego Sołtysowa. Przyniosła w cień lipy dwa złocone krzesełka, stolik, obrus haftowany w pszczoły i wielki kosz piknikowy. Nakryła do podwieczorku, założyła słuchawki ipoda i zaczęła przeglądać opiniotwórcze pisma.

Zmieniłem nogę prawą na lewą.

Sołtysowa nalała sobie kawy z termosu, poplamiła gazetę.

Stałem pod lipą w pozycji Wkrsasana.

Sołtysowa nałożyła sobie trochę tiramisu. Kilka pszczół utworzyło wesoły ruchomy wianek nad jej kapeluszem. W podwieczorkowej ciszy wyraźnie było słychać, kogo słucha Sołtysowa w swoim ipodzie. Powiał wiatr i kilka uschłych kwitków spadło na kapelusz Sołtysowej. Kiedyś były to ładne kwiatki.

Zakołysałem się lekko i zakończyłem ćwiczenie Wkrsasany.

Siadłem na foteliku i spróbowałem tiramisu.

Bez żelatyny i jajek, powiedziała Sołtysowa. I jak?

Trzeba przywyknąć do tej słodyczy, poproszę jeszcze odrobinę, powiedziałem.

Czemu tak na mnie patrzycie, Gardbua szanowny, jakbym wam całą rodzinę wytruła, spytała Sołtysowa, nalewając amaretto do kieliszków.

Sołtysowo, powiedziałem, to kwestia imponderabiliów, czyli waszego kapelusza.

A wypchany kot dla ozdoby, to by się wam pewnie podobał, Gardbua? Sołtysowo, z arogancją jest wam tak do twarzy, jak z tymi wielkimi niepylakami apollo na kapeluszu. A czemu tylko cztery?

Cztery niepylaki, a piąty jest bielinek kapustnik, zaśmiała się Sołtysowa.

Po co przyjechaliście pod lipę, zapytałem.

Przyjmijmy, powiedziała Sołtysowa, że interesują mnie techniki jogi.

Oczyszczenie, Karme, daje jedynie pozycja trupa, Sawasana. Będziesz musiała zdjąć kapelusz.

W zasadzie, rzekła Karme Sołtysowa, jestem gotowa na każde poświęcenie.

To się jeszcze zobaczy, powiedziałem.

Wysokie A Ildebranda DArcangelo

Jak rośnie lipa, nasłuchiwanie

Leżąc pod lipą otwarłem oczy.
Ktoś klepał kosę. Pewnie False-Ogrodnickówna zaraz wyprawi się na krucjatę przeciwko pokrzywom.
Widziałem nad sobą zielone niebo z liści, zapach był wyraźniejszy niż drobne kwiatki.
Z prawej dobiegł mnie gwizd – ktoś siekał kapustę w rytm “Salut a la France” z Córki pułku Donizettiego. To Kuba od kulawej Elki, przyjechał na niedzielę i robi obiad.
Z lewej zastukały obcasiki, coraz bliżej i bliżej. Ucichły i nagle stanęła nade mną Aptekarzowa w czarnych okularach.
A czemu to, Gardbua, leżycie pod lipą?
Ćwiczę Sawasanę, odrzekłem.
A czemu akurat na środku Lipnicy, na Rynku?
Bo tylko tu rośnie lipa w naszej Lipnicy, odrzekłem.
Czy chcielibyście, Gardbua, by wam pomóc? Ale teraz bardzo się spieszę do Krawcowej. Długo tu będziecie leżeć?
To zależy, powiedziałem.
Aptekarzowa z trawnika zeszła na chodnik i znowu zastukały jej obcasy.
Teraz Kuba tłukł kotlety.
Klepanie kosy ucichło.
Leżąc pod lipą zamknąłem oczy.

Koniec wiosny, początek lata

Wiosna 2008 kończyła się w piątek w Warszawie strajkami, pochodami protestujących, czarnym dymem i smrodem podpalonych opon.
W Krakowie w sobotę 21 czerwca tuż przed 5 rano zbudziłam się, bo coś ciężkiego zwaliło mi się na stopy. Upolował je śmiały i zwinny potomek tygrysów szablozębych, kot Felo, skacząc z wysokiego oparcia fotela; chodziło o jego straszny poranny głód, o konieczność dosypania chrupek, natychmiast. Syty Felo wrócił na fotel i usnął leżąc na grzbiecie, przednie łapy skrzyżował na piersi jak faraon, dzierżący insygnia.
Ostatni dzień wiosny. Koło południa szłam Bulwarem Kurlandzkim w stronę Wawelu i przyglądałam się czarnej estradzie na drugim brzegu Wisły. Przypomniało mi się, jak w dzień po Walentynkach na Rynku zimny wiatr zmiótł suchy śnieg w schludne kopczyki, szarpał czarnym kirem może tej samej estrady i odrywał dekoracje z czerwonych serduszek i Amorków. Dotrwało się do ostatniego dnia wiosny także tej estradzie spod znaku rynkowego Erosa Wybebeszonego, z Rynku pod opieką metalicznego gnoma z książeczką i ascetycznych postaci w czarnych szatach, właścicieli ulic i kamienic.
Po drugiej stronie Wisły żałobny kir estrady.
Pod Wawelem na Wiśle jadłodajnie na statkach, nieurodziwych jak pajęczyca Tekla. Obok jadłodajni pływają w wodzie plastikowe śmieci, butelki, kożuch brudu, glony, ścięta trawa czy pomyje. Martwa woda tuż pod Wawelem. Zatruta woda.
Jest taka piosenka z dzieciństwa: “Płynie Wisła, płynie, po polskiej krainie, a dopóki płynie, Polska nie zaginie”. Kraina nie zaginie, ale jeśli nasza śliczna szara rzeka, błyszcząca w słońcu, obrazi się na tę profanację, na przymus dźwigania śmieci, na złe rządy? Ewidentne złe rządy, bo tuż pod Wawelem, w świętym dla Wyspiańskiego zakolu, kolebie się martwa nieoczyszczona sfera brudnej wody tuż przed Sobótką. Tradycja sprawnej austriackiej administracji znikła. W Walentynki żałobne kiry, zdechły Amorek, w Sobótkę zatruta trująca woda Wisły.
Doprawdy, nie ma co żałować takiej wiosny, niech przyjdzie lato, mówię sobie i wchodzę na schodki, podnoszę głowę, a tu górnym poziomem bulwaru biegnie w stronę Wawelu dziewczę w różowym wianku, unosząc różowo-srebrną szatę, długie końce rękawów powiewają. Za nią biegną dwie dziewczyny w codziennych ubraniach, wyglądały jak ubogie służki. Biegły na pokaz tańca? na jakąś inscenizację? Natchnęły mnie pewną otuchą. Krakowem rządzą piwniczne gnomy i ascetyczne postaci w czarnych szatach, dumni posiadacze ulic i kamienic, ale oto nad Wisłą zaczynają się pojawiać inne istotki. I inne kolory.
Powoli mijał ostatni dzień wiosny, a przez zachodem słońca ujawniła się osobliwość z Gdańska, napis na torcie dla Lecha Wałęsy: “100 Lat Panie Prezydęcie…” Patrzyli na to ze swojego wspólnego nieba naszych przodków Słowacki, marzący o polskich wieśniakach, w których odpoczywają dusze potężnych dawnych władców i królów, Wyspiański (”Chłop potęgą jest i basta, co czyni, to czyni święcie”), a także moja babcia Rafaela, która wielbiła obu poetów (socjalistka, nauczycielka, zwiedzała Gdynię wystrojona w strój krakowski). Nie sądzę, by było im do śmiechu. Być może mówili coś o moralizowaniu czy morałach, że to możliwe, gdy kwiat się rozwija, i jeszcze gdy owoc dojrzewa, ale z dojrzałym trzeba już tylko wybierać - zdatny lub niezdatny.
Późnym wieczorem w tv natrafiłam na koniec meczu Holandia-Rosja, gol Arszawina, i jak wymienił się koszulką z jakimś Holendrem, a potem szedł i płakał ze szczęścia. To było wspaniałe, jego szczęście udzieliło
się widzom, nawet obojętnym wobec futbolu.
Kiedy przyszła pora na sobótkowe fajerwerki nad Wisłą, widziałam zza dachów tylko odrobinkę, tylko najwyżej wzlatujące, delikatne, piękne, bardzo eleganckie. Trochę żałowałam, że widzę tak niewiele, ale potem pocieszyłam się, że mam to, co najlepsze z tortu, same ozdoby - świetny, zręczny gol walecznego Arszawina, koronki fajerwerków.
I pod spadającymi kolorowymi gwiazdkami powtórzyłam kilka razy swoje życzenie: żeby w Polsce ludzie mówiący publicznie po polsku byli zobowiązani do doskonałej znajomości tego języka w mowie i piśmie. Ujawniony błąd językowy będzie karany zawieszeniem w sprawowaniu funkcji publicznej. Błądzący przejdzie na dietę z suchego chleba i wody do czasu złożenia państwowego egzaminu ze znajomości języka. Z biegiem zabrudzonej Wisły życzenie na pewno dotrze niebawem do Warszawy i Gdańska.
Tryb obostrzony: osoby publiczne, używające wulgaryzmów, będą musiały przeczytać książkę do poduszki.
Dziennie 5 stron.
Zaczęło się lato.

Właściwa postawa

Przeczytałam dzisiaj wiadomość od agencji Xinhua (via PAP i Onet): „Mnisi z kilku klasztorów buddyjskich w Tybecie przekazali 1,17 mln juanów (168 tys. USD) pomocy ofiarom majowego trzęsienia ziemi w Chinach.” Jako darczyńców wymieniono Panczenlamę, dostojnika po Dalajlamie drugiego w hierarchii, i święte klasztory Sera i Jokhang, arcyważne dla praktykujących buddyzm wadżrajany. W katakliźmie zaginęło ponad 18 tysięcy, zginęło 69 tysięcy Chińczyków. Dzięki darowi Tybetańczyków będzie można kupić dla tych, co przeżyli, więcej lekarstw, jedzenia i śpiworów, a może butów, a może okularów.

Na pewno mnisi z Tybetu wykonywali swoje praktyki religijne w intencji dobrego odrodzenia Chińczyków, którzy zginęli, i zmniejszenia cierpienia pozostałych przy życiu, osieroconych , okaleczonych, zubożałych. Ale jednak postanowili działać też na planie materialnym, ofiarowali pieniądze, które sami dostali w darze. Bo nasz świat funkcjonuje dzięki pieniądzom, kiedyś może będzie inaczej, kiedyś było inaczej, dziś jest tak.

Czy taki dar to tylko czyste współczucie? A jeśli jest to też dyplomacja? Tak, można też powiedzieć, że jest to dyplomacja prowadzona najwyższymi środkami; mnisi buddyjscy chcą mieć udział w łagodzeniu cierpienia tych, co może kiedyś niszczyli tybetańskie klasztory.

Mnisi, świadomi, że żyjąc na świecie wszelkie dobra tylko użytkujemy, postanowili przekazać część swoich dóbr na potrzeby innych. Oto zrozumienie i dążenie do porozumienia. Oto najwyższy rodzaj dyplomacji.

Ogólnie trudno jest w życiu przyjąć właściwą postawę, zwłaszcza gdy poruszamy się w świecie wartości niematerialnych. Marzenia bierzemy za rzeczywistość, wchodzimy do krainy urojeń i powidoków. Często przychodzi wtedy pomysł sięgania wstecz; i oto Unia Wolności – pragnąć uzyskać swego rodzaju nobilitację dla proponowanej przez siebie przebudowy państwa – podpisuje konkordat z Watykanem, jakby był znowu rok 1922. Podczas II wojny Watykan naruszył konkordat, rząd PRL wypowiedział traktat po wojnie, ale w roku 1993 Mazowiecki, Suchocka, Geremek, Rokita, i kto tam jeszcze zarządzał polityką polską, pragnęli legitymizacji. I uzyskali ją, ale z takim efektem, że gdy niedawno wynikła sprawa wypowiedzenia tegoż konkordatu przy okazji pierwszego wywiadu z Napieralskim po wyborze na przewodniczącego SLD, nagle okazało się, że społeczeństwo na pytanie „Czy Polska powinna wypowiedzieć konkordat?” daje w 53% odpowiedź „tak” (na 25 386 odpowiedzi, z 2 czerwca). To jest uśpiona opinia publiczna, która się nagle ocuciła. W późniejszym o dwa dni badaniu opinii na pytanie „Polska powinna zerwać konkordat?” jest już 85, 57% odpowiedzi na tak. Co to znaczy? Taka jest postawa Polaków wobec rzeczywistości konkordatu. Powinna tę postawę wziąć pod uwagę także PO, a jako chadecja mogłaby działać w jedwabnych rękawiczkach.

Choć gdy pomyśleć, jak wyobraża sobie działania dyplomatyczne Sikorski, minister SZ, który wzywa w Afganistanie do pomsty za śmierć swego przyjaciela, niczym młody król Dawid, opłakujący śmierć swego przyjaciela Absaloma… który chce stawku zamiast PKiN… Ale co kiedyś było wolno wojowniczemu królowi Izraela, tego dziś nie wolno dyplomacie; i co kiedyś było wolno Katonowi, dziś nie wolno dyplomacie. Naprawdę nie warto wchodzić we własne korzenie, bo świat ewoluuje i oferuje postawy bardziej otwarte, racjonalne i skuteczniejsze, niż próba marszu do przodu z głową wykręconą wstecz.

Jak trudno jest przyjąć właściwą postawę w sensie dosłownym osobom, które próbują zaczerpnąć sił żywotnych z wartości prawicowych, przekonałam się oglądając w maju w TVP wywiad z XIV Dalajlamą, przeprowadzony przez Tomasza Lisa. TVP na rzecz nadawców prywatnych pozbyła się transmisji Mistrzostw Piłkarskich, Festiwalu w Sopocie, telewizyjnych Wiktorów, został jej jedynie, i to z odzysku, szczęściarz T. Lis; TVP sfinansowała jego wyjazd do Dharamsali, siedziby Dalajlamy. Pamiętam, w jakiej postawie niegdyś Lis przeprowadzał dla prywatnej stacji wywiad z Giulianim, o którym mówiono, że może wystartuje w konkurencji na prezydenta USA; Lis duchowo i cieleśnie siedział przed nim na baczność (jakby: „ich melde gehorsam”). Rozmawiając z Dalajlamą Lis dziwnie się rozpierał, a nawet rozwalał w fotelu, prezentując sztuczny luz naprzeciwko człowieka, który (wg Time’a) wywiera największy wpływ na losy świata. T. Lis był kiedyś uczniem duchowym dominikanów, może to efekt ówczesnych katechizacji, choć moja znajoma (w wieku postbalzakowskim) zapewniła mnie, że podczas wywiadu pojawił się jednak u Lisa jakiś błysk w oku.

Blask jest zaś właściwy osobie XIV Dalajlamy. Podczas tego wywiadu przekazał wszystkim polskim widzom – również Lisowi, również mnie, każdemu, kto słuchał – prostą, ale bardzo ważną praktykę buddyjską: wyobrażasz sobie kogoś, kto ci sprawia największe kłopoty, kto cię najbardziej nienawidzi, swojego wroga, i wyobrażasz sobie, że odbierasz od niego cały jego ból, gniew, złość, agresję, szaleństwo w postaci czarnych kłębów toksycznego dymu, a posyłasz mu jasne światło, oczyszczone i wszystko oczyszczające. Dobre nastawienie, postawę dobroci.

TVP dając Polakom możliwość poznania XIV Dalajlamy i zapoznania się z tą praktyką, praktyką „brania i dawania”, codzienną praktyką buddyjską, spełniła misję publiczną. W tym zakresie.

Ale postawy ewoluują.

Ogarnięty Kraków w 751 roku istnienia (na prawie magdeburskim)

Przedwczoraj zbudziłam się skoro świt, bo coś stukało, łomotało i hurgotało. I warczało. To nowy kot mościł się na stole między klawiaturą a monitorem, chyba próbował pisać, w końcu przysiadł na klawiszach i zainteresował się myszką, gryzł kabelek, próbował ją podrzucić raz czy dwa, zepchnąć ze stołu raz czy dwa. To było nowe zachowanie u naszego nowego kota, prawdziwie mężnie zabrał się do zabawy.

W zimie przybył do nas jako kot dorosły, dobrze wychowany i wypielęgnowany, podobno stateczny, ale w nowym miejscu żył w neurotycznym popłochu i nieufnym rozedrganiu, kryjąc się przy byle ruchu czy zmianie pod stołami i kanapami, w szafie czy pod szafą. Choć paranoicznie nieśmiały, na wiosnę zaczął znaczyć teren, którego tak nie akceptował, i trzeba się było zwrócić o pomoc do pani weterynarz.

I otóż ledwie kilka dni po zabiegu kot zaczął patrzeć przytomniej na świat; a to się pobawi piłeczką, a to pobiega za tasiemką na patyku lub miarką krawiecką, a to wskoczy przelotem na kolana, zaraz z nich zeskakując, a to zasiądzie między klawiaturą i monitorem i uśnie na mgnienie, czujnie machając ogonem. Odmieniony nie do poznania! Ogarnął się.

Ale jeszcze nie zabierał się do pracy. A kiedy przyszła pora na ranną zabawę, czyli kocią pracę, pod wieczór myszka ostatecznie zdechła.

Po zachodzie słońca musiałam iść na polowanie. Wszystkie drogi w Krakowie wiodą do Rynku, uliczką z naprzeciwka szedł prawicowy polityk, ten, co ma usta jak spuchnięte od namiętnych pocałunków, jakoś bardzo skrzywiony.

Trochę zaniepokojona weszłam na Rynek od Anny, tam, gdzie pod Ratuszem leży głowa Erosa Wybebeszonego ręką Mitoraja. Ale na Rynku panował ogólnie dobry nastrój, jak wszędzie, gdzie jest dużo ludzi młodych, albo pięknych, albo zamożnych. Siedzieli w kawiarnianych i piwnych ogródkach, jedli, pili, rozmawiali i śmiali się. Dużo świateł i światełek, rośliny i kwiaty, ptaki krążące przed nocą po niebie były dobrym omenem; i rowerzyści, którzy przemykali cicho jak duchy, zwiastuni lepszej przyszłości. Równiutki bruk, chorągwie, czystość.

Tak, brakowało tylko fontanny i zapachów; kawy, perfum. No trudno, może z czasem i fontanna stanie na Rynku. Dobrze rządzone miasto stale się zmienia i poszerza sferę urodziwej wygody. Starałam się nie patrzeć na dorożki, bo los biednych koni z pióropuszami na łbach nie jest szczególnie pomyślny, a pretensjonalność niezaczarowanych dorożek i sielskość końskich zapachów nie pasują do Rynku, nie nie. Konie do stadnin, ludzie na rowery.

Miasto odpoczywało, czekało na noc, radość, na muzykę, na zjednoczenie przeciwieństw czy na kolejny dzień pracy nazajutrz. Upolowałam myszkę, a gdy wróciłam do domu, kot siedział przytulony do odkurzacza, porzuconego w przedpokoju. Kimże jest ten nasz nowy kot i co jeszcze będzie chciał robić?

Nazywamy go Felo, wg metryki Felix.