Sztandary i kadzidła

Sztandary i kadzidła

Zawsze lubiłam to przedwojenne święto odzyskania niepodległości, święto 11 listopada, cieszę się, że jest znowu świętem państwowym. Wczoraj w Krakowie po południu spadł śnieg; szłam sobie Rynkiem, niebo ciemne, było pustawo, światła kamienic, światła latarni, białe drzewa, biały bruk, szeregiem stały dumne chorągwie biało-czerwone i biało-niebieskie, oświetlone reflektorami, powiewające w śniegu, na wietrze.

Na Rynku w Krakowie chorągwie dobrze wyglądają o każdej porze roku; przypomniały mi wczoraj Zielone Świątki sprzed kilku lat; wówczas w jasny ciepły dzień letni wzdłuż lini AB na Rynku stały poczty sztandarowe PSL; w moim wspomnieniu jest to długi szereg zielonych sztandarów, kilkanaście, a może i kilkadziesiąt pocztów sztandarowych, z okolic Krakowa? Z całej Małopolski? Czekali pod Kościołem Mariackim, klejnotem i chlubą mieszczańskiego Krakowa, na jakąś ceremonię religijną – może potem weszli do świątyni na poświęcenie sztandarów? Może miała się odbyć jakaś inna ceremonia, może procesja? Nie wiem, ja tylko przechodziłam obok. Ale pamiętam tę aurę szacowności i powagi – bo poczty sztandarowe tworzyli ludzie starzy; starzy mężczyźni, stare kobiety. I to bardzo mi się podobało – widać było, że idea partii ludowej dla nich wiele znaczy, że to honor dzierżyć pod kościołem zielony sztandar ludowców.

Lubię zielony kolor, lubię sztandary, ale jestem obywatelką miasta. Nie muszę iść za jakimkolwiek sztandarem. Choć mogę. Nie muszę też, idąc za tym hipotetycznym sztandarem, koniecznie wstępować do katolickiej świątyni.

Życzę mojemu narodowi i krajowi wszelkiej pomyślności, ale na swój sposób, zapalając swoje własne kadzidełko. Tak też zrobiłam wczoraj.

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany aby móc komentować.