Być odważnym jak Olejniczak – z balkonu na piątym piętrze zeskoczył na balkon piętro niżej; być współczującym jak Olejniczak – chciał uratować ludzkie życie, uratować kobietę od męki śmierci w pożarze. To czynne współczucie, które zawsze istniało w Olejniczaku, a gdy zaszły szczególne okoliczności, przejawiło się tak wyraziście – to czynne współczucie jest kwintesencją człowieczeństwa. Kto w godzinie próby był tak odważny i współczujący, nadaje się na przywódcę.
Cieszę się.
Głosowałam na lewicę ze względów programowych, ale miałam trudności z akceptacją przywódcy LiD w tegorocznych wyborach. Bardzo szanuję Onyszkiewicza i Borowskiego, ale nie oni byli liderami kampanii. Prezydent Kwaśniewski… wszystkich jego licznych zalet i wad było jakby jeszcze za mało – sympatyczne, że jest tak inteligentny, że jego ojciec był lekarzem, że ma zgrabną żonę, że ceni mieszczańskie (drobnomieszczańskie?) cnoty, że jest Europejczykiem. Ale to było za mało na prawdziwego przywódcę lewicy; jestem Europejką, mieszczańskie cnoty mogę sobie praktykować sama, drogi zegarek (cenną ozdobę czczego życia) mogę sobie sama kupić, choćby i na raty. Problem polega na tym, że po zakupieniu wszystkiego, co nam jest potrzebne do życia, a i dla ozdoby (pierścionek z brylantem), okazuje się, że jednak nie wszystko można kupić. A gdy się rozpozna na dodatek, że żaden światowy sukces nie zabezpieczy od starości i śmierci, można popaść w desperację i depresję. Lewica nie może spełniać się jako aspirant do mieszczańskich cnót zachodu Europy. Granicę wyznacza ludzka fizjologia – pojemność żołądka i ilość palców na pierścionki. Życie zresztą nastręcza mieszczaństwu nierozwiązywalne dylematy, na przykład taki: posiadanie męża przystojnego, ale nie dżentelmena, mieszczanka, miłująca nade wszystko dobry smak, mogłaby rozwiązać po prostu kupując sobie nowego lepszego męża (przyjąwszy od niego pierścionek z brylantem). Ale jeśli lubi się takiego męża na zgrabnych nogach, ale bez żadnego gustu? Tu wchodzi ten element naddatku w dobrym czy złym… każdy ma jakiś słaby punkt, i każdy koi jak umie swój ból. Ale można też z tego słabego punktu wydobyć siłę: może przez rezygnację? Mieszczanin jest tu bezradny, bo niby dlaczego miałby rezygnować z czegoś, co zdobył? I cierpi, zamknięty w klatce swojego przywiązania i posiadania.
Przyznam, że wg mnie słabym punktem Olejniczaka było nadmierne przywiązanie do obyczajów ludowych, w rodzaju kraszenia kraszanek i święcenia pokarmów. Ale teraz widzę go we właściwszej perspektywie – gdy trzeba było działać, zachował się jak bohater. Nie jest przywiązany do własnego życia, gdy trzeba kogoś ratować.
Ponieważ chciałabym, by lewica umiała zagospodarować wszystkie talenta u ludzi, którzy z lewicą się identyfikują – myślę tu także o Oleksym, także o Millerze – to oczywiście pragnęłabym, by i prezydent Kwaśniewski działał dla dobra socjalizmu. (Chyba że to jest u mnie objaw nadmiernej mieszczańskiej praktyczności, alias chciwości?) I tutaj można przecież zaliczyć pozytywem na jego rachunku telewizyjną debatę z Tuskiem.
Ta słynna debata prezydenta Kwaśniewskiego z premierem Tuskiem… rzeczywiście sprawiała wrażenie, że to kulturalny przedstawiciel ancien regime’u kontra młody wychudzony sankiulota (a obaj panowie są niemal równolatkami); Danton kontra Robespierre, proboszcz z Ars contra Talleyrand, obywatel Europy kontra wiking, który najeżdża bogate opactwo… polityk urodzony w roku konia (Kwaśniewski) kontra polityk urodzony w roku koguta (Tusk). I debatowali. Dyskusję merytoryczną Tusk przegrał. Ale, niezmieszany, Tusk uparcie tkał palcem wskazującym w Kwaśniewskiego jak misyjny kaznodzieja; albo jak hipnotyzer. I na koniec, zabiwszy tym palcem Kwaśniewskiego, rozłożył ramiona i zwrócił się z miłosnym wezwaniem do widzów: kocham was, zwolennicy LiD, głosujcie na PO, pomóżcie mi pokonać PiS. Nie zachęcił mnie, bo ja chciałam głosować za, a nie przeciwko; na konkretny partyjny program, a nie przeciwko PiS. Ale w ogólnej opinii Tusk wygrał, a w wyborach jego partia miała lepszy wynik niż LiD. Więc miał Tusk jakiś naddatek. Coś, czego prezydent Kwaśniewski nie miał. Moc tumanienia? W dyskusji na argumenty Tusk przegrał, a Kwaśniewski przegrał w grze na czary mary.
To na marginesie artykułu Sierakowskiego Upadek hegemona, triumf cynizmu, z internetowej Krytyki politycznej. (Podoba mi się, że Sierakowski ma swojego ulubionego prawicowego publicystę w postaci Mateji, politologa, który wymyślił ideę IV rzeczpospolitej. Tak antysemita zawsze osobiście zna jednego jedynego uczciwego Izraelitę. Też chciałabym mieć takiego jedynego sprawiedliwego, i najlepiej, żeby to był kardynał albo przynajmniej jezuita. Niestety po odejściu z zakonu Stanisława Obirka straciłam wszelką nadzieję. No ale Sierakowskiemu się udało.) Wszystko dobrze, ale do boju (za wydziedziczonych czy posiadaczy, za lewicę czy prawicę) powinien prowadzić wódz. Czyli ktoś, kto umie przekroczyć mieszczańską egoistyczną cnotę ochrony własnej cennej osoby, i przekracza ją, skacząc z balkonu, by uratować życie drugiego człowieka.
Czy potrafiłby tak działać Kwaśniewski, król życia? A Tusk, także król życia?
Nie wiem, czy Tusk, wygrawszy wybory, zarządza gniewem wygranych; czy jest gniewny? Nie. On się po prostu cieszy ze zwycięstwa. A to, co Sierakowski uważa za cień gniewu, to chyba cień, który pochodzi z historii prawicy, jaka władała w krajach katolickich – cień Mussoliniego, Franco, Pinocheta. Hitler był Austriakiem… Jest to cień przemocy przywódcy, cień pełen winy i zgrozy. Czy Tusk jest cyniczny? Jest sprawny, idzie ścieżką Talleyranda. Zobaczymy, czy ma jakiś nadmiar. A może ma jakiś niedobór?
W każdym razie lewica ma wodza.