Przed kilkoma laty (nie wiem, jak jest dziś) wiadomo było, jaką przestrzeń zajmuje redemptorysta z Torunia i jego radio. W każdej katolickiej instytucji, w zakonach i sklepach, w zakonnych kuchniach i refektarzach, na korytarzach i w samochodach osób duchownych, wszędzie bez przerwy było słychać radio toruńskiego redemptorysty.
Ono towarzyszyło przez cały dzień każdej czynności w zakonach, na plebaniach. Stale słuchali radia redemptorysty z Torunia wszyscy zakonnicy, zakonnice, księża. Czy jedli chleb, czy pokonywali ostry zakręt, z radia dobiegał głośno odmawiany różaniec czy inna duchowa praktyka albo nauka. To są prawdziwi słuchacze redemptorysty z Torunia: zakonnice, zakonnicy, księża katoliccy. Oni są jego siłą. Oni są jego rodziną. Nimi włada redemptorysta i zgromadzeni wokół niego zausznicy, tworzący rodzaj czarnej sotni. Jeśli nawet liczba słuchaczy świeckich systematycznie spada, i już tylko koło 900 000 słucha radia, to pozostają kadry.
Prawdziwy problem jest więc taki, że polski episkopat oddał rząd dusz wszystkich swoich kadr, wyższych, średnich i niższych, w ręce redemptorysty z Torunia. A to nieprawda, że łyżka dziegciu nie zepsuje beczki miodu.
I jak na to spojrzeć uważnie, to sytuacja jest naprawdę nieprzyjemna. Episkopatowi może być trudno odcedzić miód od dziegciu.