W VI w. p.n.e. w Rzymie syn króla Tarkwiniusza Pysznego zgwałcił patrycjuszkę Lukrecję, a ona popełniła samobójstwo, broniąc swego honoru. Zasztyletowała się. Po jej samobójczej śmierci pełni zgrozy Rzymianie zbuntowali się przeciwko swoim władcom, wypędzili dynastię Tarkwiniuszy i ustanowili republikę rzymską.
Pamiętam, że gdy 25 kwietnia dowiedziałam się o śmierci Barbary Blidy, pomyślałam w pierwszej chwili: zabili ją przypadkiem, strzelili do niej nabojem antyterrorystycznym, może któremuś policjantowi broń wystrzeliła w szamotaninie. Blida broniła się, wywlekali ją z domu wbrew jej woli, nie chciała iść… I to były już wystarczająco straszne obrazy: okrutne, nieprawe państwo, rozkazujące nieudolnej, niesprawnej policji, która nie potrafi zatrzymać podejrzanej osoby dyskretnie i humanitarnie, nie naruszając jej praw obywatelskich czy ludzkich. Ale w takiej śmierci był element ruchu, walki – i w pierwszej chwili łatwiej było mi przyjąć koncepcję przypadkowej śmierci w szamotaninie, niż tę drugą, o której wszyscy mówią – że Barbara Blida popełniła samobójstwo. Bo obraz kobiety, którą władza państwowa poddaje tak strasznej presji, że aby zachować honor, musi ta kobieta popełnić samobójstwo, to obraz, który po prostu ściska ci boleśnie serce, taką czujesz rozpacz i współczucie.
Patrycjuszka Lukrecja popełniła samobójstwo, gdy syn króla ją zgwałcił. W następstwie jej samobójstwa upadła dynastia królewska, a Rzym stał się republiką. Rzymianie nie mogli znieść aż takiej nieprawości i nikczemności władzy, że w obronie przed nią kobieta musi popełnić samobójstwo.
Ci wszyscy posłowie, którzy dziś w sejmie głosowali za powołaniem Komisji w sprawie śmierci Barbary Blidy, są dobrymi obywatelami Polski.