„Kwiecień miesiąc najokrutniejszy, rodzi z ziemi umarłej gałązki bzu”; powtarzam sobie co roku w kwietniu początek Ziemi jałowej Eliota, przyglądając się krzakom zwykłego liliowego bzu na Plantach. W kwietniu liście i kwiaty muszą wyjść ze swego ukrycia. Myślałam sobie, że ten przymus jest okrucieństwem kwietnia, gdy coś zwinięte, zamknięte i rosnące w zamknięciu pączka nagle pewnego dnia, gdy przychodzi właściwy czas, po prostu musi się rozwinąć, ujawniając wszystkie swoje cechy.
W tym roku kwiecień objawił takie ludzkie okrucieństwa w małych post-austriackich i austriackich miasteczkach, że pozostaje tylko zapłakać. Płakać słuchając Adagio koncertu fortepianowego nr 23 Mozarta, najsmutniejszej jego melodii.
W Krakowie w kwietniu ujawniło się, że można umrzeć z głodu, przebywając niedobrowolnie w gmachu zarządzanym przez państwo, w instytucji państwu podległej, a służącej porządkowi prawnemu i bezpieczeństwu obywateli Krakowa. Uwięziony w areszcie śledczym Crulic, obywatel Rumunii, podejrzany o kradzież, zagłodził się na śmierć jeszcze w styczniu tego roku. Rumunia przed II wojną światową była przyjaznym sojusznikiem Polski, życzliwym sąsiadem, a dużo serca i pomocy okazała nam podczas wojny. Ale nie przetrwała żadna ciągłość w przyjaźni między naszymi państwami, obywatela Rumunii nie traktowano ani jak przyjaciela, ani jak człowieka, o nie. Pozwolono mu się zagłodzić pod opieką lekarza więziennego i więziennego kapelana, pod dozorem i ochroną pracowników aresztu śledczego. Daje do myślenia fakt, że przez kilka miesięcy ukrywano przed opinią publiczną sprawę głodowej śmierci Crulica.
A to, co patriarcha rodu, szanowany zamożny obywatel małego austriackiego miasteczka Amstetten robił przez 24 lata ze swoją własną córką w swoim prywatnym bunkrze przeciwatomowym, pod swoim własnym ogrodem, a co wyszło na jaw w kwietniu, dowodzi, że nie ma okropności, która się na naszej planecie nie może wydarzyć, gdy zajdą określone okoliczności.
Ofiary okrutnego ojca i dziadka przeżyły.