Wracałam przedwczoraj Plantami z teatru. Molier, wprost z kanonu lektur szkolnych. Patriarchalny ojciec wprowadza do swego domu pobożnego Tartuffa, by ostatecznie pognębić swoją rodzinę; i wymyślniej niż dotychczas. W biało-złotym saloniku wrzaski i terror małego grubaska, dwa niezgrabne męskie torsy obnażone, jedna kobieta w bieliźnie, jedna naga, i na koniec na złoconym mebelku komornik, oznajmiający utratę przez patriarchę majątku, więc wszystkiego; gdy w finale wyłoniła się z mroków widowni i weszła na scenę królewska wysłanniczka, zaprowadzająca sprawiedliwość, wszyscy odczuli niesamowitą ulgę, nawet ci, co czytali w szkole Świętoszka.
Wracałam do domu, zastanawiając się, czy doznanie w teatrze to byłoby może katharsis; przypomniałam sobie, że trzeba kupić miód. A przed nocnym sklepem stał dobrze ubrany pan po pięćdziesiątce, który grzecznie zagadnął mnie: Czy byłaby pani tak uprzejma i kupiła mi bułkę i parówkę?
Pan wyglądał tak normalnie i miło, że byłam przeświadczona, iż to happening albo żart.
Więc kupiłam tylko jedną bułkę i kiełbaskę, szybko wyniosłam panu, a on wziął jedzenie, rzekł: Bardzo pani dziękuję, i odszedł.
Wtedy zrozumiałam, że ten pan w centrum Krakowa był naprawdę głodny. Powinnam kupić więcej bułek i kiełbasy. Ale nie byłam świadoma sytuacji. Przyszłam prosto z teatru w rzeczywistość, gdzie jest głód.
Może rządzący Polską też jeszcze ciągle myślą, że uczestniczą w jakimś operetkowym bohaterskim spektaklu? Niechby już się ocucili. Nie są kombatantami ostatniego boju z komunizmem, tylko beneficjentami przemian ustrojowych. Mają coś do spłaty narodowi. Ich zadanie nie jest przykre ani trudne, to tylko wydawanie naszych podatków, porządne zarządzanie państwem i troska o każdego obywatela.
Więc niechby się już obudzili.