Radosna dekonstrukcja Radosława Sikorskiego

Premier Tusk strzelił ostatnio w Zbigniewa Ziobrę określeniem „krwiożercza bestyjka”. To kwestia do dyskusji, czy Z. Ziobro jest formą zdrobniałą. Być może nie. Ale „bestyjka” widocznie krąży w przestrzeni polskiego dyskursu publicznego i szuka, kogo by pożreć, ewentualnie do kogo by się przykleić, by go zasilić krwiożerczością.

I otóż nie czekało się długo, bo oto minister SZ Sikorski zakończył swe sejmowe expose jak Katon chrześcijańsko-narodowo-demokratyczny z PO: „A poza tym, panie marszałku, uważam, że Pałac Kultury powinien być zburzony”. Radosław Sikorski ewidentnie stylizuje się na rzymsko-sarmackiego męża stanu, aby w przyszłości dzieci w szkolnych czytankach łatwo go rozpoznawały po tym dezyderacie. W wywiadzie dla Dziennika uściślił, że jego wymarzona wizja centrum Warszawy to, zamiast Pałacu Kultury, Central Park ze stawem, czyli w praktyce trawka koło bajorka. Big bang, a potem żabki na trawce.

Lubię stawy i parki, ale nie pojmuję, czemu z trybuny sejmowej polski minister SZ, dążąc wzwyż za swoim marzeniem o stawie, kreuje się na krwiożerczą bestię w stosunku do polskiego Empire State Building, gmachu nawet ładniejszego od pierwowzoru, jednej z najwyższych i najbardziej okazałych budowli w Europie? Można jednak się spodziewać, że przemiana Pałacu Kultury w bajorko przyjdzie ministrowi Sikorskiemu tak łatwo, jak obiecywane przezeń dorżnięcie watahy. Dorżnąć watahę? Czym? Tępym kozikiem? Tępym kozikiem.

Ale jednak jest niepokojący aspekt tych krwiożerczych pomysłów, historyczny. Podobno Warszawa leżała nie tak dawno w gruzach? Podobno była jakaś wojna, i ktoś zniszczył naszą stolicę, podobno była wielkim gruzowiskiem? I ktoś ją odbudował jak umiał najlepiej, wysiłkiem całego narodu? Wydawałoby się więc, że ktoś to pamięta i jesteśmy zabezpieczeni przed destrukcją, wynikającą z kompleksów i resentymentów, a spełniającą się w wielkim niszczycielskim fajerwerku.

Ale jednak jest niepokojący precedens dekonstrukcji. W Warszawie w latach 1924-26 zburzono wspaniałą katedrę prawosławną pod wezwaniem św. Aleksandra Newskiego, stojącą na Placu Saskim. Była zbyt wielka, zbyt wysoka (70 metrów), zbyt bogata, zbyt piękna, zbyt raniła nasze uczucia narodowe, i oto w centrum Warszawy w XX wieku seriami wybuchów wysadzano w powietrze i rozbierano świątynię chrześcijańską. Wyznawcy wiary rzymskiej w Warszawie zniszczyli kościół wiary greckiej, choć jego kopuły wieńczył krzyż łaciński. Jakaś krwiożercza bestyjka zamieniła się w bestię i sobór zniszczono, choć mógłby służyć jako świątynia katolikom, można go było zamienić na muzeum, na bibliotekę, na salę koncertową. Zostały z katedry resztki wspaniałych mozaik, można się więc zorientować, jak wspaniałym była dziełem sztuki; zostały doskonałe jakościowo materiały budowlane, a granity z Finlandii podobno zdobią sarkofag Piłsudskiego na Wawelu. W Warszawie ustanowiliśmy wtedy niszczycielski wobec świątyń precedens, bo staliniści wysadzili w powietrze swój sobór w Moskwie dopiero w roku 1931.

Dziś, wobec prawdziwej katastrofy estetycznej, jakiej doświadcza współczesna katolicka sztuka religijna, gdy wszyscy, nawet jezuici i dominikanie, uczą się na gwałt pisania ikon; gdy, ogólniej, katolicyzm zaczyna (a przynajmniej zaczynał) czerpać inspirację z duchowości prawosławia, jakąż inspiracją i pomocą byłaby warszawska prawosławna katedra dla polskiego katolicyzmu! Ale nie może być użyteczna, bo zamieniono ją w ognisty fajerwerk. Dla mnie akt jej zniszczenia to czysta autodestrukcja; bo świątynię chrześcijańską zniszczyliśmy, a miejsce nasycone śmiercią i uwięzieniem, krwią i cierpieniem, Cytadelę, zachowaliśmy sobie na pamiątkę. Cytadeli Warszawskiej, gdzie Polaków więziono i wykonywano wyroki śmierci, nie ruszono. Stoi do dziś.

Może by jednak, panie ministrze spraw zagranicznych a la polonaise, uczyć się od historii, mistrzyni życia, nie tylko efekciarstwa.

Polecam słowo powaga: jest przyjemne w użyciu i nie bardzo da się zdrobnić. A w tej sprawie jest potrzebne.

Bo nazajutrz po ministrze Sikorskim podjął kwestię sposobu istnienia Pałacu Kultury mistrz polskiej szkoły filmowej, Wajda: chce on jakoś obudować Pałac złych dla niego wspomnień. Zasłonić go, jakimiś wieżowcami czy czymś. To ja mam pomysł w stylu scenografii do wajdowskiej ekranizacji Pana Tadeusza: naokoło Pałacu dać wysoko takie sznury jak do suszenia bielizny, i na tych sznurach zawiesić efektowne ruchome przesłony/kurtyny z celuloidowych taśm filmów Andrzeja Wajdy, sponsorowanych przez PZPR w czasach PRL.

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany aby móc komentować.