Reguła szuflady Ignacego Rzeckiego

Ignacy Rzecki (Lalka, Prus) chciał pomóc nieszczęśliwie zakochanemu w pannie Łęckiej Wokulskiemu, swatając mu panią Stawską. Doktor Szlangbaum skrytykował jego zapędy: Jak masz, panie Ignacy, szufladę pełną krawatów, to już się tam nie zmieszczą portmonetki, bo Wokulski ma serce pełne panny Łęckiej. Otóż, rzekł Ignacy Rzecki, ja wyjmę z szuflady krawaty i włożę w ich miejsce portmonetki, doktorze Szlangbaum.

Reguła Rzeckiego – że w jednym miejscu może się znaleźć w danej chwili tylko jedna rzecz – znakomicie się sprawdziła, gdy jakiś czas temu LiD zapowiedział, chyba na godzinę 14, konferencję prasową o rozstaniu z Partią Demokratyczną. Włączyłam wtedy odbiornik TV i czekałam, bo byłam ciekawa tego wydarzenia, ale coś się konferencja SLD opóźniała. Po kilkunastu minutach wreszcie Olejniczak wszedł na wizję – ale trzeba trafu, że nic nie zdążył powiedzieć, bo w tej samej chwili kamery TV znalazły i pokazały premiera Tuska, który przemierzał nadbrzeże Bałtyku, za nim podążali podnieceni dziennikarze, a on, z mroczną i zatroskaną fizjonomią, tłumaczył długo i szczegółowo – może i 20 minut , a w każdym razie tyle, ile trwała konferencja Olejniczaka że oto już za chwilę wypłynie w morze, bo wybiera się do prezydenta na Hel z pilną sprawą wagi państwowej. Mam w pamięci autentycznie przejęte lico premiera, dalekiego potomka Germanów, i jego zupełnie nieistotne wynurzenia, które jednak transmitowano na antenie.

Ktoś wyjął krawaty i włożył rękawiczki z bawolej skóry; szuflada czasu była pełna, ale czego innego.

Ach, gdybyż mógł to ujrzeć Rzecki!

Ostatni weekend nie byłby dla Rzeckiego tak satysfakcjonujący. Z nagrodami Wiktora było już gorzej: bo wprawdzie premier Tusk dostał Wiktora, ale Superwiktor poszedł do prezydentowej Kaczyńskiej jako żony swego męża!

W szufladzie były w połowie krawaty, w połowie rękawiczki. Rzecki nie popadłby w euforię.

Swoją drogą ciekawe, co by się działo, gdyby w roku 1987 Wiktory dla wybitnych osobistości telewizyjnych przydzielono według podobnego klucza, czyli (z zachowaniem wszelkich proporcji) jeden Wiktor zwykły dla ówczesnego sekretarza PZPR generała Jaruzelskiego, a Superwiktor dla żony ówczesnego premiera Messnera.

Nie wiem, czy TVN się tu trochę nie zagubiło w czasie.

Bardziej wyrównanie nie działała reguła szuflady Rzeckiego w weekend. Obaj panowie, premier i prezydent, promowali w okolicach Jasła (ustępuje urodą tylko Ustrzykom Dolnym i Dukli) kandydatów swoich partii, PiS i PO. Jeden przy grillu, drugi na boisku dzielili równo między siebie uwagę wyborców, pieniądze podatników i miejsce w szufladzie Rzeckiego.

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany aby móc komentować.