Wiosna 2008 kończyła się w piątek w Warszawie strajkami, pochodami protestujących, czarnym dymem i smrodem podpalonych opon.
W Krakowie w sobotę 21 czerwca tuż przed 5 rano zbudziłam się, bo coś ciężkiego zwaliło mi się na stopy. Upolował je śmiały i zwinny potomek tygrysów szablozębych, kot Felo, skacząc z wysokiego oparcia fotela; chodziło o jego straszny poranny głód, o konieczność dosypania chrupek, natychmiast. Syty Felo wrócił na fotel i usnął leżąc na grzbiecie, przednie łapy skrzyżował na piersi jak faraon, dzierżący insygnia.
Ostatni dzień wiosny. Koło południa szłam Bulwarem Kurlandzkim w stronę Wawelu i przyglądałam się czarnej estradzie na drugim brzegu Wisły. Przypomniało mi się, jak w dzień po Walentynkach na Rynku zimny wiatr zmiótł suchy śnieg w schludne kopczyki, szarpał czarnym kirem może tej samej estrady i odrywał dekoracje z czerwonych serduszek i Amorków. Dotrwało się do ostatniego dnia wiosny także tej estradzie spod znaku rynkowego Erosa Wybebeszonego, z Rynku pod opieką metalicznego gnoma z książeczką i ascetycznych postaci w czarnych szatach, właścicieli ulic i kamienic.
Po drugiej stronie Wisły żałobny kir estrady.
Pod Wawelem na Wiśle jadłodajnie na statkach, nieurodziwych jak pajęczyca Tekla. Obok jadłodajni pływają w wodzie plastikowe śmieci, butelki, kożuch brudu, glony, ścięta trawa czy pomyje. Martwa woda tuż pod Wawelem. Zatruta woda.
Jest taka piosenka z dzieciństwa: “Płynie Wisła, płynie, po polskiej krainie, a dopóki płynie, Polska nie zaginie”. Kraina nie zaginie, ale jeśli nasza śliczna szara rzeka, błyszcząca w słońcu, obrazi się na tę profanację, na przymus dźwigania śmieci, na złe rządy? Ewidentne złe rządy, bo tuż pod Wawelem, w świętym dla Wyspiańskiego zakolu, kolebie się martwa nieoczyszczona sfera brudnej wody tuż przed Sobótką. Tradycja sprawnej austriackiej administracji znikła. W Walentynki żałobne kiry, zdechły Amorek, w Sobótkę zatruta trująca woda Wisły.
Doprawdy, nie ma co żałować takiej wiosny, niech przyjdzie lato, mówię sobie i wchodzę na schodki, podnoszę głowę, a tu górnym poziomem bulwaru biegnie w stronę Wawelu dziewczę w różowym wianku, unosząc różowo-srebrną szatę, długie końce rękawów powiewają. Za nią biegną dwie dziewczyny w codziennych ubraniach, wyglądały jak ubogie służki. Biegły na pokaz tańca? na jakąś inscenizację? Natchnęły mnie pewną otuchą. Krakowem rządzą piwniczne gnomy i ascetyczne postaci w czarnych szatach, dumni posiadacze ulic i kamienic, ale oto nad Wisłą zaczynają się pojawiać inne istotki. I inne kolory.
Powoli mijał ostatni dzień wiosny, a przez zachodem słońca ujawniła się osobliwość z Gdańska, napis na torcie dla Lecha Wałęsy: “100 Lat Panie Prezydęcie…” Patrzyli na to ze swojego wspólnego nieba naszych przodków Słowacki, marzący o polskich wieśniakach, w których odpoczywają dusze potężnych dawnych władców i królów, Wyspiański (“Chłop potęgą jest i basta, co czyni, to czyni święcie”), a także moja babcia Rafaela, która wielbiła obu poetów (socjalistka, nauczycielka, zwiedzała Gdynię wystrojona w strój krakowski). Nie sądzę, by było im do śmiechu. Być może mówili coś o moralizowaniu czy morałach, że to możliwe, gdy kwiat się rozwija, i jeszcze gdy owoc dojrzewa, ale z dojrzałym trzeba już tylko wybierać – zdatny lub niezdatny.
Późnym wieczorem w tv natrafiłam na koniec meczu Holandia-Rosja, gol Arszawina, i jak wymienił się koszulką z jakimś Holendrem, a potem szedł i płakał ze szczęścia. To było wspaniałe, jego szczęście udzieliło się widzom, nawet obojętnym wobec futbolu.
Kiedy przyszła pora na sobótkowe fajerwerki nad Wisłą, widziałam zza dachów tylko odrobinkę, tylko najwyżej wzlatujące, delikatne, piękne, bardzo eleganckie. Trochę żałowałam, że widzę tak niewiele, ale potem pocieszyłam się, że mam to, co najlepsze z tortu, same ozdoby – świetny, zręczny gol walecznego Arszawina, koronki fajerwerków.
I pod spadającymi kolorowymi gwiazdkami powtórzyłam kilka razy swoje życzenie: żeby w Polsce ludzie mówiący publicznie po polsku byli zobowiązani do doskonałej znajomości tego języka w mowie i piśmie. Ujawniony błąd językowy będzie karany zawieszeniem w sprawowaniu funkcji publicznej. Błądzący przejdzie na dietę z suchego chleba i wody do czasu złożenia państwowego egzaminu ze znajomości języka. Z biegiem zabrudzonej Wisły życzenie na pewno dotrze niebawem do Warszawy i Gdańska.
Tryb obostrzony: osoby publiczne, używające wulgaryzmów, będą musiały przeczytać książkę do poduszki.
Dziennie 5 stron.
Zaczęło się lato.
-
Strony
-
Kategorie
-
Archiwa
- listopad 2009
- październik 2009
- wrzesień 2009
- sierpień 2009
- lipiec 2009
- czerwiec 2009
- maj 2009
- kwiecień 2009
- marzec 2009
- luty 2009
- wrzesień 2008
- sierpień 2008
- lipiec 2008
- czerwiec 2008
- maj 2008
- kwiecień 2008
- marzec 2008
- luty 2008
- styczeń 2008
- grudzień 2007
- listopad 2007
- październik 2007
- wrzesień 2007
- sierpień 2007
- lipiec 2007