Nic takiego

Wracałem z lekcji tańca, trochę obolały, patrzę, u mojej Iwonki w kuchni się świeci. Zaszedłem i pytam: Czy nie macie jakiego kawałka befsztyka albo lepiej dwóch?

Gardbua, powiedziała surowo moja Iwonka zza laptopa, czyżbyście przeszli na stronę Rzeźnika?

Niezupełnie, powiedziałem.

A czemu tacyście aż po oczy wyzawijani w szal khaki, przecie na dworze cieplej?

Iwonka, powiedziałem, szal khaki noszę tak trochu dla ozdoby i prestiżu, dajcie mi te befsztyki i idę do swoi pakamery, bo Ledergowi pewnie smutno.

O nie, powiedziała Iwonka, siądźcie na chwilę, skończyłam kalkulację naszej alei lipowej, powiedzcie mi, czymu chcecie podsadzać lipy azaliami? Nie lepsza dzika róża? I herbaty imbirowej zaraz zrobię.

Odwinąłem więc szal, co było robić, i może kiedyś wątpiłem w czułe serce Iwonki, ale teraz imbryk srebrny poleciał jej z rąk, otrzymałem dowód współczucia!

Aż krzyknęła. Co wyście, Gajowy?

Nic takiego, mówię, koledzy noszą sygnety i tak się zrobiło.

Tu trzeba trochu jodyny, Gajowy, mówi moja Iwonka. Sygnety? Raczej kastety, Gajowy; i moja Iwonka przetarła mi oczodoły jodyną, i przyniosła dwa befsztyki, które sobie położyłem pod okiem prawym i pod okiem lewym.

Kotka przeszła koło fotela na biegunach, ale na kolana nie wskoczyła.

Piliśmy herbatę i opowiedziałem Iwonce, że tak trochu dyskutowaliśmy z kolegami. Nic takiego. Ale cała prawica miała sygnety, mówię. Bo Sołtys udowodnił, że cała nasza prawica pochodzi od cesarza rzymskiego Walensa, co ścigał Germanów, zapędził się za Tatry i już tu został w naszy Lipnicy ze swoją gwardią. Ich potomki to wszystko herbowa szlachta teraz. Co prawda chorąży Topliwy uważa, że pochodzimy od Samarytan z Bliskiego Wschodu, mylnie nazywanych Sarmatami, ale popiera go tylko Rzeźnik, i obaj mają sygnety w kształcie węża miedzianego.

U nas na lewicy ino baron Rumiany herbowy pan z sygnetem, to co wyście mieli, Gardbua?

Ano, ja nałożyłem ten pierścionek z diamentem po ciotce Natalce, co go stale noszę na szyi w woreczku, i mówię wam, Iwonka, że ten stary szlif sprawdził się w boju. Ale tylko w obronie własnej, Iwonka.

Tak że pokazało się, że u nas w Lipnicy same chłopaki z sygnetami, i jak przyszło do ustalania w przyjaznym dialogu, kto będzie szedł w pierwszych szeregach jako ważniejszy – bo zrobimy październikowy przemarsz z pochodniami i chorągwiami, zgodnie w wielką i wspaniałą ideą barona Rumianego, no to trochu się poprztykaliśmy. Przemarsz będzie nową wytyczoną aleją lipową, z muzyką. I ze śpiewami.

A Wikary z boku stał, pyta moja Iwonka.

Wikary, powiedziałem, też przecie ma swój pierścionek, aha, powiada, że ma dowody, iż jest potomkiem Dżyngis Chana.

Z jakiegoś powodu moją Iwonkę chwycił napad szalonego śmiechu.

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany aby móc komentować.