Mały złoty trójkąt

Ta róża jest taka piękna, mówił do sprzedawczyni właściciel sklepiku z owocami, że położyłbym ją sobie koło łóżka. Róża była herbaciana, bez zapachu, krzepka; wybrałam szare renety i żółte gruszki lukasówki, a potem poszłam w stronę Rynku dziurawym chodnikiem mojego miasteczka, z konieczności patrząc w dół. A więc takiś ty jest, owocarzu! Taki obraz unosi się nad twoim sklepikiem: śpisz słodko obok swojej róży. Zbudzisz się rano, a twoja piękna róża będzie miała główkę zwieszoną w bok, uschłe listki – chyba żebyś się już nie zbudził. Interesujące. A więc tak tu właśnie jest, myślałam sobie, to istota miasta, tu szczęśliwy piekarz śpi i śni obok swego pięknego bajgla, antykwariusz obok bohomaza, nie, nie, obok chochelki z serwskiej porcelany, obok łóżka bankiera leży tłusta kabza; oto najwyższy możliwy poziom, oto apoteoza handlu. Weszłam na Rynek, w jego centrum stoi świątynia Hermesa, Sukiennice. Szłam do bankomatu. Minęłam głowę Erosa Zdekapitowanego, porzuconego niechlujnie pod Ratuszem; być może krakowskiego Erosa pokonał Hermes, ściął mu głowę swoim mieczem, a sam lekką stopą wstąpił na rydwan Afrodyty i zniknął w eterze. W centrum miasta, które chce się jak najlepiej sprzedać, taką ma ambicję, pozostała czynna jego świątynia, piękna świątynia Hermesa-sprzedawcy tkanin, wytwórcy zasłon i kurtyn, złud i przesłon. Sukiennice są żywotne, w okolicach świąt pączkują drewnianymi straganami i smażalniami kiełbas; swąd perfumuje odnowione fasady filii banków, należących do Bóg-wie-kogo kamienic, nowiutkie plastikowe drzewka, a sprzedawcy kiełbasek śnią obok swych pięknych wędlin; w noc i w dzień piękne obrazy idealnych rzeczy do sprzedania unoszą się nad miastem ze świątynią Hermesa w samym centrum. Kraków pragnie się sprzedać turystom. Owocarz bardzo chętnie sprzedałby mi swą ulubienicę, różę, niewykluczone, że nawet drożej o złotówkę czy dwie ze względu na szczery zachwyt nad jej urodą. Oto kupiec doskonały! Kocha to, co zaraz sprzeda. Szłam do swojego ulubionego bankomatu, nie musiałam patrzeć uważnie pod nogi; zabawne, że w całym Krakowie wszelkimi środkami nakłania się do takiego stąpania po ziemi, żeby nie podnosić głowy zbyt wysoko, bo tam, wyżej, nad mieszczańskim horyzontem mogłaby się unosić jakaś wizja, złotawa, ale niekoniecznie związana z przeliczaniem monet i monetek, a tu naraz na Rynku bruk jest gładki, pod ochroną świątynnych Sukiennic można spokojnie patrzeć w niebo, na którym w nocy świeci wielka moneta, podobna z daleka do księżyca. Jasne jak słońce, że tutaj śni się o pieniądzach także w dzień. Wczoraj, dziesiątego dnia po nowiu, księżyc przypominał niedoskonałą złotą monetę. Szłam w swoją stronę, a wędrówkę psuły mi dokuczliwe jak kamyk w bucie cudze głosy, zasłyszane w pewnym tokującym radiu; zaczęłam go słuchać z konieczności, gdy Atropos, najstraszniejsza i najpiękniejsza z Mojr, przecięła swoimi nożycami mój kabel od Internetu. Stąd cudze myśli, uwierające jak ostry kamyk: redaktor jakiegoś pisma, zajmującego się obronnością (w radiu przyjemnie jest, że wie się tyle, ile się posłyszy, jak na Rynku w miasteczku) powiedział, że Polacy najbardziej się boją nawały czołgów ze wschodu, a przeciwko tym czołgom jedyna broń to bomby kasetowe; dlatego musimy te bomby produkować, żeby się w razie czego przed nimi obronić, taką mamy doktrynę obronną; Roman Kuźniar mówił: Rosja to gorsza cywilizacja białego człowieka, gorsza, ale jednak cywilizacja; Andrzej Mleczko zaś, opłakując kompletne zniszczenie Warszawy w powstaniu, rzekł: Kraków ocalał, bo z Krakowa Niemcy sobie poszli.

Prawdziwa nawała czołgów ze wschodu przeszła przez Polskę w roku 1944 i 1945. W zimie 45 roku żołnierze rosyjscy przychodzili wieczorem, prosili o trochę gorącej wody. Mieli karabiny zawieszone na parcianych rapciach, worek na plecach, przesypiali noc w śniegu pod płotem, rano już ich nie było. Pędzili na zachód. Polacy wtedy nie bali się rosyjskich żołnierzy i czołgów, Polacy bali się Niemców. Czołgów rosyjskich śmiertelnie bali się Niemcy, nie żołnierze, bo żołnierz walczy, ale cywile, zwykli ludzie, ofiary wojny. Ktoś dziś narzuca nam dawny cudzy strach. I cudzą niechęć. I cudzą pogardę dla słowiańskich podludzi, pozbawionych prawdziwej Kultur und Zivilisation. Przejęliśmy cudzy strach, obraz cudzego strachu. Gdy Kuźniar mówi: Rosja to przecież gorsza cywilizacja białego człowieka, gorsza, ale cywilizacja, to przejmuje podział na rasy panów i niewolników. To nie jest nasz obraz, to obraz nazistów: na samym dnie drabiny społecznej Żydzi, a my, Polacy, tuż za nimi, też bardzo, bardzo nisko, następni niepotrzebni. To nie jest nasz obraz, to nie jest nasza emocja. Przestrzeń obrazów łatwo zafałszować, a trudno odczyścić.

Ten malutki Kraków, ten złoty trójkąt: Cmentarz Rakowicki, gdzie spoczywają kości przodków, zakole Wisły pod Wawelem, siedzibą władzy (gdzie skała zgodnie ze swą naturą jest nieustępliwa, a woda zgodnie ze swą naturą inteligentnie zmienia bieg, gdy musi) i pozłacany gmach Sokoła, gdzie mógłby się dokonać proces indywiduacji jednostki (bo gdzieś się dokonać musi), malutkie miasteczko wpisane w złoty okrąg Plant, ze świątynią Hermesa patrona kupców pośrodku, ile jest naprawdę warte? Trójkąt Krakowa: Cmentarz Rakowicki z kośćmi przodków, Wawel i gmach pozłacanego Sokoła?

Był coś wart dla Niemca Hansa Franka, który osiadł na Wawelu i zarządzał stamtąd Generalną Gubernią, i był coś wart dla Rosjanina Iwana Koniewa, dowódcy Armii Czerwonej, dzięki któremu Niemcy sobie z Krakowa poszli, nie zamieniając go w całkowitą ruinę. Więc nawała czołgów ze wschodu w roku 1945 ocaliła Kraków. Taki jest fakt; a Roman Kuźniar błądzi. Żywi sobą cudze idee, cudze lęki, cudze obrazy.

Wartość Krakowa? Dużo by o tym mówić; jeśliby jednak uznać za prawdziwe centrum Krakowa nie Sukiennice, a Uniwersytet Jagielloński, który, najstarszy i najlepszy w Polsce, co prawda w świecie dopiero trzechsetny, i co prawda usiłujący za wszelką cenę uprawiać kramarzenie, ale przecież – ale przecież zdolny był do rozpoznania wartości XIV Dalajlamy i do uhonorowania go doktoratem, wzajem uhonorowany, bo Dalajlama krakowskie wyróżnienie przyjął, to cena Krakowa jest wysoka. Bo wartość duża.

Minęłam dość młody dąb wolności, zasadzony na Plantach przed Collegium Novum w roku 1918. Ten sam, taki sam księżyc w Krakowie i w Tybecie.

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany aby móc komentować.