listopadowe słońce, listopadowy księżyc

Poniedziałkowe słońce w listopadzie w Krakowie, cóż to za błogość, większa od majowej.

Wczoraj był doskonały dzień niedzielny, zakończony złotą łuną na zachodzie i sierpikiem nowiu księżycowego tak ostrym i jasnym, że gdyby go zdjąć z nieba, można by może ściąć nim jemiołę. Gdyby gdzieś w Krakowie było takie drzewo, myślałam sobie wczoraj, idąc Floriańską i patrząc na światełko na wieży Kościoła Mariackiego (gotyk!), warto by może zaryzykować i zdobyć sposobem świąteczną jemiołę. A potem iść na herbatkę do samotnego mędrca, który wszystko ze swej mansardy widzi, jak strażak z wieży.

O czym by się rozmawiało? O polityce w naszym ślicznym miasteczku nie warto na razie rozmawiać. Nie wydaje się, by ktokolwiek wiedział, w którą iść stronę. Cywilizacyjna misja Niemców w Polsce pobiegła praktycznym torem zdobywania bazy materialnej, a ja miałam nadzieję, że zostawią nam bazę, abyśmy sami pracowali, a wysubtelnią nam nadbudowę. Może Niemcy sami jednak w biegu czasu zatracili subtelność; wczoraj pewna niemiecka gazeta uczciła śmierć swego wielkiego poety von Kleista komiksem o jego życiu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to horrorem. Na drugi rzut przychodzi myśl o świadomie prostackim, nieudolnym rysunku Arkanów Wielkich Tarota Marsylskiego; żeby dotarły do wszystkich, również plebejuszy? Żeby się uchowały w czas nieprzychylny ezoteryce?  Ale jednak ktoś, kto dziś kupuje i czyta trudną, opiniotwórczą gazetę, nie powinien być postawiony pod murem i zmuszony do popełnienia estetycznego samobójstwa oglądając komiks.

Co prawda nie tak dawno (w listopadzie) widziałam historię literatury światowej w formie komiksu, kilka stron poświęcono też Hölderlinowi, ukazano, jak się huśta na huśtawce, a z ust wychodzi mu dymek, a w dymku dywagacje bodaj o Matce Naturze, skrót hölderlinowych koncepcji, autorstwa autora książki. Albo więc są to spazmy urynkowionej literatury, rynku książki, w ogóle rynku sztuki, a może nieświadome przeczucie przyszłych czasów, gdy miałyby przetrwać tylko proste i prostackie obrazki, zawierające trudne prawdy. Bo przecież Hölderlin lubił bujać w obłokach, ale nie potrzebował do tego huśtawki. Podświadomość, panie dzieju, podświadomość.

Na tym stanęło moje rozważanie o przyszłej rozmowie, bo przystanęłam na chwilkę pod wielką ustrojoną choiną i tuż obok stojącą zieloniutką akacją. Co robi człowiek, który nie może odłamać w centrum miasta kawałka zielonej gałązki akacjowej? Robi jej zdjęcie komórką. Tak się też stało. Wyostrzony księżyc znikł za dachami, jeszcze trzeba było wybrać dróżki – w lewo czy w prawo – a każdą uliczką i tak doszłabym do domu. Wybrałam uliczkę jaśniejszą.

Napisz komentarz

You must be logged in to post a comment.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.