Żegnaj, listopadowe słońce. Znikłoś już wczoraj koło południa. Dziś jest 1 grudnia, grudniowe słońce łysnęło koło południa i znikło za chmurami. Niebo zachmurzyło się i pomroczniało. Teraz, jak spekulowali nasi przodkowie, Indoeuropejczycy zabłąkani w północne krainy, siły ciemności będą uparcie atakować do 24 grudnia, i nie wiadomo, czy aby kiedyś, pewnego roku, w końcu nie zwyciężą. My, ich potomkowie, doskonale wiemy, że w grudniu Ziemia obiegając Słońce najbardziej się do niego zbliża, ale co będzie, gdy tym razem Słońce przemoże i przyciągnie Ziemię i spadniemy prosto w jego rozżarzone macierzyńskie łono? Widać, że w każdym światopoglądzie, mitologii czy nauki, czas listopada i grudnia jest niebezpieczny i dlatego bezpieczniej być w ariergardzie niż w awangardzie czasu.
Gdy 11 marca wybuchła Fukushima, świadomość świata stała się brzemienna w wiedzę o zagrażającym nieszczęściu; niedługo, właśnie w grudniu, minie dziewięć miesięcy ciąży, tyle trwa ona u ludzi. Stopione rdzenie elektrowni pogrążyły się dotąd w ziemię na głębokość 12 metrów, jak szacują japońscy uczeni, fizycy. Świat trawi rzeczywistość Fukushimy w milczeniu i nikt nie wie, co się dalej stanie. Czy dojdzie do czego i kiedy. Słowem, co się zrodzi w Fukushimie.
Wobec tego najlepiej zrelaksować się i jak najlepiej wykonywać to, do czego nas stworzył Stwórca. Albo do czego nas, po chwili zastanowienia i korekcie stworzonego, przeznaczył. Po takiej korekcie Stwórcy z biegiem czasu urodzony świniopas zostaje księciem, urodzony książę bednarzem, owca wodzem stada hien. Zbój zostaje strażnikiem klasztoru. I tak dalej. Stwórca może wszak tworzyć i potem korygować swoje dzieło.
Ale jedno pytanie trzeba stale zadawać: „kto będzie strzegł strażników”? Bo może rzeczywiście „świat jest opowieścią idioty, głośną, wrzaskliwą i nic nie znaczącą”? Inne światy być może są inaczej skonstruowane, a nasz tak, jak widzimy. Cóż więc pomoże tu zmartwienie? Współczucie tak, zmartwienie nie.
Przyznam, że od czasu katastrofy lotniczej w Smoleńsku przestałam śledzić szczegółowo polską politykę; wydawała mi się zbyt depresyjnie słaba. W Smoleńsku zginęli prominenci, przyuczeni do rządzenia w USA: Szczygło, Stasiuk, Błasik. Jeśli zginęła w taki sposób elita, to czy dadzą sobie z czymkolwiek radę politycy z drugiego rzędu?
Pytanie wisiało w powietrzu do wypuszczenia z aresztu za kaucją generała Czempińskiego, któremu prokuratura zarzuca korupcję przy prywatyzacji polskiego przemysłu. A potem minister Sikorski wygłosił w Berlinie przemówienie o przyszłości Europy, napisane przez wykształconego angielskiego dyplomatę, Charlesa Crawforda. Crawford jest stwórcą wizji nowej Europy. Możemy się teraz całkowicie uspokoić, czy właśnie podechnąć ze strachu (zginę ja i pchły moje – Zagłoba)?
A jeśli inny twórczy stwórca zastąpił tego, co zaczął dzieło? Quis custodiet custodies?