A więc śnieg. Anioł Szalgiel przyłożył się do pracy. Jak na szczytach Himalajów, tak na dziurawych chodnikach Krakowa: ta sama biel. Łagodzenie ostrych krawędzi, skrząca ozdoba. Powłoka czystości. Miękkie zimno. Skrywanie.
Patrzyłam dziś na śnieg z quasi-religijnym uwielbieniem, bo spadł z nieba i jest niebiańskiej urody; a nie jest Bóg wie czym, tylko skrystalizowaną ziemską wodą. Wzniosła się z Pacyfiku, przefrunęła nad Kraków i opadła na miasto. Fallout wraz z falloutem. Jasne jest, iż wraz z tym śniegiem na moje miasteczko spadły radioaktywne cząsteczki, wyprodukowane w Fukushimie. Jak na Łotwie, Węgrzech, w Finlandii i w Czechach, tak i u nas. Jak na Alasce i w Kanadzie i w USA, tak i u nas. Jeśli ktoś byłby ciekaw, jak wyglądać będzie początek końca świata, to ma odpowiedź: właśnie tak to będzie wyglądać: spadnie zwykły śnieg, zanieczyszczony produktami ludzkiego rozgrzebywania materii, produktami rozpadu materii, zatruwającymi życie na całej Ziemi.
I nie jest to nic nowego, bo tak się dzieje od roku 1945, gdy bomba Trinity eksplodowała w Los Alamos, a potem geniusze bez końca badali, czy „niszczyciel światów” zaświeci „jaśniej niż tysiąc słońc”. Co ważne – ludzie zawsze się mogli wycofać z tych działań. Nie musieli pozyskiwać energii przez rozpad, ale „nie działać” tym oczytanym w Wedach geniuszom z Austro-Węgier wydało się gorsze niż „działać”. „Eksplodować” lepsze niż „nie eksplodować”, „napromieniować” lepsze od „pozwolić żyć” wydało się zaś kulturalnym Anglosasom, białej rasie walczącej z żółtą o prymat na Pacyfiku. Zbyt ruchliwe umysły, zbyt zwinne palce.
Ale potem można się było tysiące razy wycofać. Ale nie. Teraz wszyscy potężni władcy mają swoje wypróbowane bomby i swoje czynne elektrownie jądrowe. A teraz będzie padał zwykły śnieg, będzie zimno, ludzie będą chorować na dziwne przeziębienia i zapalenia płuc, umrą słabsze niemowlęta, starsi zaczną umierać na serce, pokaże się więcej nowotworów. Jedzenie nabiału nie będzie sprzyjać zdrowiu, ani jedzenie mięsa, ani roślin liściastych. Pomidory będą wyglądać dziwnie, pojawią się wielkie pająki, dziwnie zachowujące się ptaki. Jeśli umrze co piąty człowiek, to jakie znaczenie ma pewność koniecznych ograniczeń w diecie? A jednak smutno będzie bez sera; żegnaj, serze.
Więc o co tu chodzi? Czy to się dzieje na jawie, czy to zły sen? Nikt nie dba o Fukushimę. To jest zbyt poważne, zbyt niebezpieczne, myślą sobie ludzie, niech o tym myślą władcy. Niech oni się martwią. Gdyby było źle, władcy by ostrzegli. Ale władcy milczą. Teraz by trzeba działać, ale władcy siedzą cicho.
Jak się czuł stary rabin w Wodzisławiu koło Jędrzejowa, który wiedział w styczniu 1939, że niedługo Hitler zaatakuje Polskę? Czy mógł coś zrobić, by uratować swoich Żydów, których w roku 1943 Niemcy rozstrzelali pod murem cmentarza? Także tę kobietę w zielonej aksamitnej sukni i jej dziecko, niemowlątko? Wiem o niej, bo oglądali tę kaźń Polacy, których Niemcy spędzili pod karabinami, by patrzyli na śmierć sąsiadów; była wśród nich moja mama. Czy można było coś zmienić w mieleniu żaren historii, gdy było się kobietą w zielonej aksamitnej sukni? Czy wiedza zwykłej jednostki cokolwiek zmienia w machinie świata?
Kilkaset tysięcy ludzi na Ziemi, może kilka milionów, wie o Fukushimie, ale nic zrobić nie są w stanie. Przerażeni, cierpią i współczują. Można by ewakuować Japończyków, można by całą siłę świata – pieniądze i naukę – skoncentrować na szukaniu wyjścia, zamykaniu elektrowni jądrowych, neutralizowaniu śmiertelnie niebezpiecznych odpadów. Ale władcy świata leżą pogrążeni w depresji jak Sabbataj Cwi; odwróceni twarzą do ściany. Bezczynni. A chcieli być jak Mesjasz. A tu wielka przygoda epoki przemysłowej kończy się we śnie.